Wulgarność. Krótkie studium przypadku.

19 lipca 2017

Idąc na wystawę The Vulgar? Fashion Redefined w wiedeńskim Winterpalais zastanawiałam się, co jest dla mnie wulgarne w kobiecej garderobie i pierwszy obrazek, który przyszedł mi do głowy, to czarny stanik pod przezroczystą, jasną bluzką. Dlaczego? Naprawdę nie wiem, dlaczego akurat to zestawienie utrwaliło się we mnie jako uosobienie wulgarności. Patrzę w internetowy Słownik Języka Polskiego PWN i czytam, że wulgarny to znaczy ‚ordynarny i nieprzyzwoity’, ‚pozbawiony subtelności, smaku’ oraz ‚nadmiernie uproszczony, spłycony’. Czarny stanik pod jasną bluzką mieści się dla mnie w kategorii taniej tandety, podobnie jak tipsy-pazury i pomarańczowa opalenizna rodem z solarium. Zastanawiam się, czy znajdę swoich faworytów na wystawie.

Wchodzę do budynku muzeum po czerwonym dywanie, a sale muzealne to idealny przykład barokowego przepychu. Może ze względu na barok słownik nie uwzględnił tego odcienia wulgarności, który mówiłby o nadmiernym skomplikowaniu formy, wybujałym wzornictwie i ostentacyjnym bogactwie? Umieszczenie wystawy pytającej o to, co było i jest określane mianem ‚wulgarnego’ w modzie odzieżowej, we wnętrzach Winterpalais nadaje dodatkowego wymiaru wystawie. Jeśli wybrany na wystawie obiekt określimy mianem wulgarnego, to co mamy myśleć o wnętrzu, w którym jest pokazany? Wystawa przyjechała do Wiednia z Londynu, gdzie była pokazywana w Barbicanie, który jest przykładem architektury brutalizmu. Zarówno barok, jak i brutalizm, to style budzące skrajne emocje jako rozwiązania estetyczne mocno wyróżniające się na tle otaczającego je krajobrazu. Pokazywanie ubiorów w takich budynkach i salach daje zwiedzajacym dodatkową przestrzeń do refleksji i przemyślenia, w jaki sposób oceniamy określone propozycje architektoniczne, a jak podchodzimy do propozycji odzieżowych.

IMG_0002a

Wystawę podzielono na dziesięć części – rozdziałów, ale zaproponowany podział nie utrwalił się szczególnie w mojej pamięci. W ulotce z wystawy możemy przeczytać, że wystawa ‚pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi’, co podczas oglądania obiektów sprowadza się do stwierdzenia, że wulgarność tkwi o oku patrzącego. Nie ma jednego kryterium, które określałoby, co obiektywnie możemy nazwać wulgarnym. Wystawa była dla mnie nie do końca koncepcyjnie przejrzysta, ale możliwość przyjrzenia się kreacjom bez opcji ‚przez szybkę’ była nie do przecenienia.

W pierwszej sali zestawione zostały dwa światy: świat klasycznych kreacji rodem ze starożytnej Grecji, drapowane suknie Vionnet i suknie w stylu art deco zestawiono z kreacjami Vivienne Westwood, Waltera Van Beierndoncka i Martina Margieli. Podział aż nadto oczywisty: to, co klasyczne, nie jest wulgarne, to, co odwołuje się do seksualności, cielesności i sztuczności częściej zakwalifikujemy jako przejaw wulgarności. Dlaczego? Zastanawiam się, czy zaproponowane zestawienie nie proponuje nam zbyt uproszczonej wizji świata: albo amiszowie, albo wolna miłość, nie ma nic pośrodku. Wyostrzenie problemu może, ale wcale nie musi, kwestionować naszych poglądów na temat wulgarności, może je też utrwalać. Czy ta sala zakwestionowała jakikolwiek mój słuszny pogląd na wszystko? Nie. Czy tego szukałam? Jak zwykle tak.

IMG_0003a

IMG_0005a

W innej sali patrzyłam na zestawienie XVIII-wiecznej mantui z kreacjami Prady z kolekcji pret-a-porter wiosna-lato 2014. Czy zdobienia widoczne na sukniach i płaszczu to już nadmiar, czy jeszcze nie? Skoro powyżej tak gładko zakwalifikowałam nadmiar do kategorii wulgarności, to czy właśnie znalazłam przykład tej kwalifikacji?

IMG_0050a

IMG_0013a

I jak patrzeć na suknie z kolekcji Iris van Herpen (AW 2016/2017)? Umiejscowione w niewielkim pomieszczeniu kapiącym każdym możliwym przejawem barokowatości, zwielokrotnionie dzięki lustrom wiszącym na ścianach, dają wrażenie przesady, zdecydowanego nadmiaru formy i braku treści. Wnętrze i sukienki bardzo mocno na siebie oddziałują. Przychodzi mi na myśl, że kreacje Iris van Herpen to dwudziestopierwszowieczna opcja baroku: ciekawe estetycznie formy, nieszczególnie zainteresowane aspektem użytkowym. W nadmiarze męczą, choć warto na nie spojrzeć od czasu do czasu i popodziwiać ten wykwit ludzkiej wyobraźni. Jednak tego rodzaju nadmiaru – podobnie jak zestawienie mantui i Prady – również nie zakwalifikowałabym jako wulgarnego. Może więć słownik PWN-u ma rację pomijając ten aspekt?

IMG_0015a

Postrzeganie wulgarności zmienia się w czasie. Dziś nagie kobiecie piersi w przestrzeni publicznej wydają mi się przede wszystkim elementem prymitywnej reklamy, ale ich pokazanie w latach szęśćdziesiątych w monokini zaprojektowanym przez Rudiego Gernreicha (1964) mogło być odbierane zupełnie inaczej. Dla projektanta kostium był ‚jednym z wielu symboli wolności’. Monokini jest zestawione z koszulką (1976/1977) sprzedawaną przez Malcolma McLarena i Vivienne Westwood w ich londyńskim butiku Seditionaries.

IMG_0026a

Mniej (?) dosłowna była kreacja Waltera Van Beierndoncka (AW 2010/2011) na przedzie której, na wysokości krocza, wystawała głowa słonia z trąbą – wystarczająco dosłownym odniesieniem do fallusa, ale ponownie: wulgarnym, czy raczej zabawnym? A może ośmieszającym dumę z posiadania penisa? Odniesienia do seksualności są najbardziej narażone na określenie mianem wulgarnych, ta sfera wydaje mi się nadal nieoswojona w świecie mody. Projekty podkreślające, uwydatniające, zakrywające nasze drugorzędne cechy płciowe – przynajmnie te, które zapamiętałam z wystawy – mają za zadanie powieszenie znaku zapytania w świecie naszych ustalonych przekonań, kulturowych uwarunkowań i osobistych preferencji. Czy głowa bawełnianego słonia wychylająca się spod spódnicy ma w sobie taki potencjał krytyczny jak – nie bójmy się tego określenia – dzieło sztuki? Choć i bez tego porównania możemy postawić to pytanie: czy dzieło pochodzące ze świata mody (bez konieczności wartościującego nazywania go dziełem sztuki) może nas wytrząść z ustalonego toku myślenia i postrzegania rzeczywistości? Oglądałam ostatnio dwa dokumenty: The First Monday in May oraz Marina Abramovic. Artystka obecna i gdybym na ich podstawie miała odpowiedzieć na dopiero co postawione pytanie, to odpowiedziałabym, że projekty pochodzące ze świata mody jednak nie mają takiego potencjału krytycznego jak obiekty pochodzące ze świata sztuki. Nie mam jednak co do tego stuprocentowego przekonania (więc chyba moja wiara w pierwiatek twórczo-krytyczny świata mody nie upadła do końca).

IMG_0009a

Właśnie. Bo kolejnym aspektem wystawy o wulgarności i redefiniowaniu tego pojęcia jest tutaj także zestawienie obiektów ze świata mody i sztuki, czyli kreacji projektantów i projektantek z obrazami. Obok zestawu Viktora & Rolfa (AW 2016/2017) i kompletu Garetha Pugh (SS 2016) wisi obraz nieznanego mi przedstwiciela klasy rządzącej, zapewne jednego z członków wiedeńskiego dworu. Czy kreacje wytrzymują zestawienie z ‚uznanym dziełem sztuki’ w postaci obrazu? Pomińmy tu na chwilę kwestię wulgarności. Czy z podobnym uczuciem szacunku dla umiejętności autora patrzymy na obraz i na kreację? Jeśli tak, to dlaczego? Jeśli nie, to dlaczego? Obok umieszczenia wystawy w barokowych salach zestawienie kreacji i obrazów kieruje zwiedzanie w stronę pytania czy ubiór to dzieło sztuki i dlaczego obraz anonimowego praprzodka sprzed wieków łatwiej uznać za dzieło sztuki niż suknię z poprzedniego sezonu? To jest pytanie nie tyle o kryteria uznawania danego obiektu za dzieło sztuki, ale pytanie o to, kiedy, kto i jak powiedział nam, jak widzieć świat, a my przyjęliśmy to bez zająknienia i powtarzamy bez refleksji.

IMG_0019a

W ostatniej sali autorzy wystawy postanowili chyba dać zwiedzającym chwilę wytchnienia i postawili – tym razem za szybką – mondrianowskie sukienki YSL. W pierwszym odruchu pomyślałam właśnie tak: co za ulga, spojrzeć na te proste linie, podstawowe kolory, na czystą formę ubioru, która oddziałuje na patrzącego wręcz oczyszczająco po tych wszystkich falbanach, cekinach, futrach, wzorach, kolorach, fakturach i rozmiarach. Sukienka YSL wulgarna? Skąd!

Jeszcze nacieszyłam oczy suknią ołówkową (dosłownie ozdobiną ołówkami) Mary Katrantzou (AW 2012/2013) i płaszczem Husseina Chalayana ozdobionym akrylowymi paznokciami (AW 2014/2015) i wyszłam z wystawy nieco przytłoczona ilością rozbuchanych projektów. Poszłam na spacer pooglądać wystawy drogich butików.

IMG_0044a

IMG_0047a

W oknie wystawowym Louis Vuitton zobaczyłam torebkę. Torebkę, której miejsce było zdecydowanie na wystawie, z której przed chwilą wyszłam. Przeniesione na torebki znane dzieła Van Gogha, Tycjana i Da Vinci. Złote litery nazwiska malarza na twarzy Mona Lisy. Esencja wulgarności. Jeff Koons angażując się w ten projekt po raz kolejny wyprał zużyty już wielokrotnie pomysł YSL, odgrzewany wielokrotnie i jak to odgrzewany kotlet – niekoniecznie smaczny. Zwiedzanie uznałam za symbolicznie zakończone (a na fejsbuku pod zdjęciem torebki Van Gogha potoczyła się ciekawa wymiana zdań, klik).

IMG_0056a

Chciałabym móc na koniec jasno zdefiniować, czym jest wulgarność i jak się przejawia. Ale kuratorzy już na to odpowiedzieli stwierdzając, że tkwi ona w oku patrzącego. Posługujemy się tą kategorią jako negatywną, ale z całej wystawy nie przypisałabym tego określenia żadnemu z obiektów. O niektórych napisałabym, że są w złym guście – za probierz gustu dobrego przyjmując naturalnie własne przekonania. Może kategoria wulgarności została tu potraktowana zbyt wąsko? Może warto byłoby zestawić ją z kiczem, estetyką kampu, sięgnąć po ubiory subkultur, a nie przede wszystkim kreacje prosto z wybiegów, w większości z ostatnich sezonów? Wydaje mi się, że wulgarność rzadziej spotkamy na wybiegach, których celem jest przecież dobra prasa, a osąd ‚to jest wulgarne’ raczej nie sprawi, że klienci szturmem ruszą na zakupy tak ocenionej kreacji. Jeśli za sto lat ktoś sięgnie po katalog z tej wystawy, jakie będzie mieć pojęcie o wulgarności naszych czasów? Brakowało mi podczas tej wystawy zdjęć reklamowych z różnych kampanii, w których ów poszukiwany element wulgarności co jakiś czas pojawia się w mediach i wzburza opinię publiczną. Brakowało mi pytania o to, czy taka kampania jest tworzona świadomie właśnie w tym celu: podajmy publice coś ‚prowokującego’ (najczęściej sprowadzającego kobietę do roli obiektu seksualnego) i będziemy mieć darmowe publicity na całym globie. Myślę sobie jednak, że o to można pytać tylko w tekstach niezależnych od reklamodawców i sponsorów, bo modowe wystawy to też jeden z elementów promocji marki, a promocja krytyczno-negatywna nie leży w kręgu zainteresowań żadnego z producentów odzieży.

Sprowadzenie kategorii wulgarności wyłącznie do stroju to chyba największy brak tej wystawy: bardzo trudno ocenić strój jako wulgarny, gdy wisi na manekinie, pozbawiony wypełniającego go ciała o konkretnej osobowości w konkretnym kontekście. Tak przynajmniej widzi to moje oko. A Wasze?

* * *

Wystawa The Vulgar. Fashion Redefined, 3. marca – 25. czerwca 2017, Winterpalais, Wiedeń.

Kuratorka: Judith Clark

P.S. A co przydarzyło mi się podczas zwiedzania to osobna historia … (klik).

  • AsiaW

    Walter Van Beirendonck

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dziękuję :)

  • Anna Katarzyna Kaczmarek

    Niebanalna wystawa! Myślę, że powinni odwiedzić ją wszyscy interesujący się modą – zgodnie z zasadą, że im więcej oglądam (i wiem), tym bardziej wyrobiony gust kształtuję. W konsekwencji nie zawierzam ślepo kreatorom i różnej maści stylistom. Dla mnie przejawem wulgarności są coraz większe (i rosnące z roku na rok), krzyczące, ociekające sztucznym złotem loga na torbach, butach, paskach… Pozdrawiam i dziękuję za ciekawy artykuł!

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Tak, wystawa była warta obejrzenia, choć niewielka, Dziękuję za miłe słowa :) A ja tam czasami (czasami!) lubię tę kapiącą złotem przesadę, dla równowagi dla minimalizmu ;)

      • Anna Katarzyna Kaczmarek

        Rozumiem, rozumiem… Również ja nie przepadam za posuniętym do granic minimalizmem, który wydaje mi się pozbawiony charakteru :-). Pozdrawiam serdecznie!