Moda. Wielka księga ubiorów i stylów

9 sierpnia 2017

Czy pamiętacie z lekcji historii, żeby nauczyciel opowiadał Wam o zmieniających się modach odzieżowych? Czy wokół opowieści o wydarzeniach lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ktoś wspominał o mini i punkach? W książce Valerie Cumming Understanding Fashion History przeczytałam, że wybitny historyk Norman Davies w swoim monumentalnym dziele Europa. Rozprawa historyka z historią wspomina o trzech (trzech!) elementach garderoby, które odegrały na tyle doniosłą rolę w historii, że warto było o nich wspomnieć. Na podium znalazły się zatem mieszek (część ubioru męskiego zakrywająca genitalia), krawat i dżinsy. Nie wiem, jak Davies uzasadnił wybór tych akurat elementów garderoby i myślę, że ma on charakter raczej anegdotyczny niż obiektywny, niemniej przykład ten pokazuje jedną rzecz: „rozprawy historyków z historią”, tu mam na myśli szczególnie te opowiadane nam podczas edukacji szkolnej, rzadko kiedy poruszają temat tak frywolny jak ubiór. W tym punkcie można jedynie krótko stwierdzić: Davies nie miał zbyt wiele do czynienia z książkami takimi jak Moda. Wielka księga ubiorów i stylów wydanej przez Wydawnictwo Arkady.

arkady

Siegając po Modę… Davies mógłby przeżyć zaskoczenie swojego życia: na kilkuset stronach nie ma bowiem wojen, traktatów, rozwoju przemysłu, podbojów i zmian gospodarczych, lecz strona po stronie obserwujemy jak zmieniała się damska i męska sylwetka. Historia, którą znamy ze szkolnej ławy, jest krótko i treściwie zaakcentowana we wprowadzeniach do poszczególnym epok, ale pierwsze skrzypce grają tu jedwabie, aksamity, turbany, gorsety, kapelusze i torebki. Historycy dziejów przez długi czas zaniedbywali ten obszar badań historycznych, częściowo z obaw o „strywializowanie historii”  - jak twierdzi Malcolm Barnard w książce Fashion as Communication. Chlubnym wyjątkiem jest historyk kultury Eric Hobsbawn, który dostrzega, że osoby zajmujące się projektowaniem nierzadko są w stanie lepiej przewidywać przyszły kształt rzeczy niż profesjonaliści w tej dziedzinie. Na tym jednak kończy się lista badaczy uprzejmie wyrażających się o projektantach, projektantkach i ich dziełach oraz dostrzegających rolę ubioru w życiu człowieka i jego historii.

Czytałam tę „wielką księgę” strona po stronie i zastanawiałam się dla kogo będzie to najlepszy wybór. Najwygodniej będzie podejść do tej książki jak do … bloga. Każdy dwustronnicowy wpis możemy potraktować jako osobną notatkę z tematu, który jest dla nas interesujący i czytać książkę wyrywkowo. Spojrzeć na rozdział o Nefretete i skoczyć do rzeźbiarskich sukni Madeleine Vionnet,  wrócić do Beau Brummela i przypomnieć sobie o Bibie. Mnie z historii mody najbardziej interesuje wiek XX., ale żeby wiedzieć o co w wieku dwudziestym chodzi to siłą rzeczy trzeba cofnąć się do przeszłości. Pod tym względem ta książka jest bardzo dobrym punktem do porównywania np. neoklasycznych sukni z okresu po Rewolucji Francuskiej ze strojami z okresu starożytnej Grecji, lub do sprawdzenia jak nacinanie rękawów w damskich sukniach z drugiej połowy XIX. wieku ma się do włoskich sukni renesansowych.

Podobnie jak w przypadku Historii mody pod redakcją Marnie Fogg, o której pisałam niedawno, i w tym przypadku można podjąć dyskusję z Autorami o to, kiedy mówimy o początkach mody. Zainteresowanych odsyłam do recenzji Historii mody (klik), żeby nie powtarzać w tym miejscu tej samej argumentacji. Po lekturze Mody… jest mi jednak coraz bliżej do poglądu sytuującego początki mody w połowie XIX wieku, co jest związane z jednej strony z wykrystalizowaniem się postaci krawca – projektanta w osobie Charles’a Fredericka Wortha, a z drugiej – z maszyną do szycia, która stała się powszechnym narzędziem w zakładach krawieckich i umożliwiła szybsze szycie większej ilości ubiorów modnych, które stały się dostępne większej ilości klientów. Skala zjawiska, możliwość szybszego naśladowania nowych stylów klasy wyższej przez klasę średnia, skłaniają mnie ku poglądowi, że możemy mówić wówczas o modzie. Wcześniej zmiany zachodzą zbyt wolno i dotyczą zbyt wąskiej grupy społeczeństwa, dlatego dla okresu wcześniejszego wolę mówić o historii ubioru.

Podczas lektury przychodzi też czasem refleksja, że ubrania nas przeżyją. Na jednym ze zdjęć ze średniowiecza możemy obejrzeć tunikę znalezioną w grobie w 1275 roku. Tunika – świadek epoki, o której może nam opowiedzieć: w jakich strojach grzebano zmarłych, jaka była ich sylwetka, jaki jest krój odnalezionego stroju i jaką techniką był wykonany. Można porównać ją z innymi źródłami z tej epoki, czyli z opisami i obrazami, i dzięki takim zestawieniom jeszcze dokładniej datować badane dzieła. Refleksja zatem z gatunku filozoficzno-badawczych.

Bardzo lubię, gdy w książkach znajdują się rekonstrukcje ubiorów z minionych epok. Moja dusza niespełnionej krawcowej (tak, to było moje marzenie z dzieciństwa, wyszło jak widać) zawsze cieszy się, gdy może popatrzeć jak owijano jedwabiem guziki w renensansowym męskim kaftanie, jak wyglądały mankiety w płaszczu z okresu Regencji lub jak ozdabiano suknię do tańca z lat dwudziestych. Ta książka to dziesiątki, setki małych historii: o tym, jak pojawiły się męskie spodnie, o tym, że zewnętrzna szata renesansowego stroju nigdy nie była prana, czy o tym, jak na saczku osłaniającym męskie przyrodzenie przyszyta została ozdobna kokarda. Patrząc na to, co dzieje się obecnie w modzie męskiej, myślę że powrót do tego pomysłu z historii jest przed nami, w nie tak znów dalekiej przyszłości.

Dzięki obrazom z epoki przedfotograficznej uczymy się patrzeć na stroje i ich detale. Pomyślcie o portretach z minionych epok: postaci na nich wymalowane zawsze przedstawiane są z przodu, dzięki czemu wiemy, jak wyglądał front stroju. A co z tyłem? W książce znajduje się obraz pokazujący wieczorny bal z okazji ślubu diuka de Joyeause (1581-1582), na którym pięknie widać plecy wielu kreacji. Zobaczcie sami.

after-1582-bal-c3a0-la-cour-des-valois

Źródło: (klik)

Z kolei patrząc na obraz Winterhaltera przedstawiający cesarzową Eugenię z damami dworu (1855) pomyślałam sobie, że zasadniczo niczym nie różni się on od dzisiejszego zdjęcia grupy nastolatek, w których każda nosi tshirt i dżinsy. Owszem, są pewne indydwidualne różnice – kolor włosów, uczesanie, dodatki, kolor sukni – ale wszystkie panie na portrecie wyglądają niemalże identycznie. I w tym „niemalże identycznie” jest pogrzebana istota mody: moda daje to przyjemne złudzenie, że zachowujemy wyjątkowość równocześnie zachowując poczucie przynależności do grupy, nie odstajemy od niej, nadążamy za tym, co nowe i modne, wraz z innymi, nam podobnymi.

1200px-Winterhalter_Franz_Xavier_The_Empress_Eugenie_Surrounded_by_her_Ladies_in_Waiting

Źródło: Wikipedia Commons (klik) By Franz Xaver Winterhalter – Transferred from en.wikipedia; transfered to Commons by User:LordT using CommonsHelper, original uploader was Sstjean at en.wikipedia (2005-04-16 – original upload date), Public Domain, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4219310

To, co bardzo mi się spodobało, to uwzględnienie w książce tzw. ubiorów codziennych. Na ubiory z pięknie barwionych materiałów, bogato zdobionych, stać było niewielu. Reszta społeczeństwa nosiła to, co było wygodne, praktyczne i dostępne. Właśnie na ubiorach codziennych widać, jak dalece obowiązujący styl klas wyższych i bogatych odzwierciedlał się w stroju klasy średniej. Jest to też przyczynek do powracającej co jakiś czas dyskusji o „demokratyzacji mody”: czy naprawdę jest nam wszystkim równo dostępna? Co to właściwie znaczy? Czy nie jest to po prostu kolejny slogan, który funduje złudzenie uczestnictwa w tym samym doświadczeniu, podczas gdy po otrząśnięciu się z tego złudzenia jasno widać, że „ten sam” ciuch z wybiegu i „ten sam” ciuch z sieciówki to jednak nie jest, nie było i nie będzie to samo. 

Obok kwestii wątpliwej demokratyzacji mody, lektura książki pokazuje również jasno, że historia ubioru, stylów i mody to przede wszystkim historia osób szczupłych. Ponownie zatem trzeba przemyśleć temat kto, gdzie i jak tworzy modę, bo szybki rzut oka na ulicę dowolnego miasta pokazuje, że i nieszczupli ubierają się modnie (wchodzimy w tę dyskusję?), ale ich reprezentacja w odzieżowych dziejach jest znikoma. Modę reprezentują zatem szczupli, bogaci i biali, co coraz bardziej nie podoba się tym, którzy w tych kategoriach się nie mieszczą.

Na końcu książki znajduje się także słowniczek tłumaczący wiele elementów strojów, które dziś już nie istnieją lub też istnieją, ale niekoniecznie są znane odbiorcy. Pech jednak chciał, że akurat w polu mojej ignorancji znalazły się słowa „koszenila” i „cyweta”, a tych akurat w słowniczku na końcu nie znalazłam. I wyobraźcie sobie teraz, że akurat zabraliście tę książkę na weekend w głuszy, bez dostępu do sieci i do końca pobytu będziecie trwali w niewiedzy. Cały wyjazd na nic. A teraz musicie, po prostu musicie zobaczyć, jak wygląda cyweta.

W książce pojawił się też jeden błąd w kategorii „to nie powinno było się wydarzyć”, czyli przy opisie roku 1936 pojawiał się informacja o tym, że Wallis Simpson do ślubu „ubierała ją Mainbocher”. Otóż, Mainbocher był mężczyzną, nie kobietą. Można ewentualnie pokusić się o wytłumaczenie, że chodziło o markę Mainbocher („ubierała ją [marka] Mainbocher”), ale to kuszenie jest jednak na wyrost.

Drugi błąd to przypisanie Martinowi Margieli autorstwa kolekcji z 2011 i 2012 roku. Margiela odszedł z firmy w 2009. Kolekcje z 2011 i 2012 roku to kolekcje Maison Martin Margiela, a od 2014 roku – Maison Margiela. Marka bardzo dba o to nazewnictwo i szkoda, że taki błąd się zakradł.

Dyskutowałabym też z „faktem” związanym z rokiem 1997, w którym to pojawiła się torebka ‚Baguette’ domu mody Fendi, w książce opisana jako „pierwsza ze słynnych designerskich torebek, które natychmiast stały się modowymi sensacjami” (s.387). A gdzie torebka Chanel 2.55 z lutego 1955? Gdzie Kelly bag z 1956?  Torebka Gucci z bambusową rączką z lat siedemdzesiątych? Naprawdę, Fendi nie zaproponowało niczego nowego.

Opisywanie historii mody, szczególnie od lat osiemdziesiątych do dzisiaj, to bardzo trudny temat. Mnogość stylów, miast – „stolic mody”, coraz więcej wpływowych postaci, seriali, blogów. Im bliżej naszych czasów, tym większa szansa na pominięcie jakiegoś zjawiska. Moda nie jest wyłącznie okresową zmianą stylu, nadążaniem za estetycznymi nowościami. Jej warstwa wizualna skupia naszą uwagę, jest najprostsza do opisania (sukienka, jaka jest, każdy widzi). Przedstawiając tak olbrzymią mnogość stylów „od zarania dziejów” siłą rzeczy książka musi pewne kwestie upraszczać, to jest nie do uniknięcia. Podejście encyklopedyczne Mody. Wielkiej księgi ubiorów i stylów dobrze zatem sprawdzi się jako źródło pierwszego kontaktu, ale do szerszej analizy będziemy potrzebować innych lektur. Jako przykład niech posłuży opisanie sylwetki z kolekcji Husseina Chalayana Afterwords (jesień-zima 2000). Podczas pokazu modelki ściągają obicie mebli i zakładają na siebie powstałe z tych obić sukienki, a stolik po rozłożeniu układa się w spódnicę jednej z nich. W książce opis pod tą kreacją jest następujący: „W tym przypadku [Chalayan] połączył modę z meblarstwem, zmieniając stolik do kawy w spódnicę” (S.410). Dosłownie – zgoda, to właśnie widzimy, ale czy aby na pewno o to chodzi w modzie konceptualnej, żeby pokazywać dosłowność? Ta kolekcja odnosi się do doświadczeń uchodźców, którzy muszą opuszczać swoje domy w czasie wojny, mogą zabrać ze sobą tylko tyle, ile są w stanie udźwignąć. Rozumiem, że w książce fizycznie nie ma miejsca na te pięć-siedem zdań wyjaśniających ideę kolekcji, ale akurat w takim przypadku jest to konieczność. Inaczej uzyskujemy efekt Chalayana-zgrabnego magika, który o, proszę, spódnicę ze stolika zrobił.

Myślę, że ta książka jest dobra przede wszystkim dla tych, którzy przedkładają ujęcie chronologiczne nad problemowe. Ta książka bez wątpienia pozwala prześledzić zmiany sylwetki w coraz krótszych okresach im bliżej nam czasom współczesnym, a tym samym pokazuje jak „wędrowała” talia czy jak skracała (bądź wydłużała się) spódnica. Natomiast jeśli interesuje Was na przykład historia zarzucenia noszenia gorsetu to trzeba wyłapywać ją między konkretnymi epokami i wybierać informację o prerafaelitach, Warsztach Wiedeńskich czy Paulu Poiret w poszczególnych podrozdziałach.

Po lekturze tekstów towarzyszących wystawie Fashion Game Changers. Reinventing the 20th-Century Silhouette, którą oglądałam roku temu w Muzeum Mody w Antwerpii, myślę, że kolejny mit, z jakim trzeba się zmierzyć, to kto faktycznie wprowadził ‚new look’ w powojennej modzie. Znamy historię o tym, jak Carmel Snow ochrzciła tym mianem kolekcję Diora. Jednak sylwetka zaproponowana przez Diora w porównaniu z sylwetką ‚kokonu’ zaproponowaną przez Balenciagę to nie nowość, ale nawiązanie do przeszłości, kreacji znanych i kojarzonych z okresem dobrostanu. Tymczasem ‚kokon’ Balenciagi to była nowa linia. Dior miał po prostu lepszy PR.  Pamiętajcie o tym, czytając o ‚The New Look’. Inna refleksja na boku lektury: dobrze czyta się o modzie końca lat pięćdziesiątych i początku lat sześćdziesiątych oglądając serial Mad Men. Kostiumy w tym serialu są świetne, choć jest to przerost estetycznej formy nad samą treścią serialu.

Podsumowując, najlepiej połączyć lekturę tych dwóch opowieści o historii mody – Historię mody Marnie Fogg i Modę. Wielką księgę ubiorów i stylów. Zawarte w nich informacje dają szeroki obraz interesującej nas epoki, a jeśli brakuje nam informacji z czasów najnowszych to internet naprawdę spełnia swoją rolę. Jestem ciekawa Waszych wrażeń po lekturze jednej i drugiej książki: która dla Was lepiej spełnia swoją rolę i dlaczego, a może jednak nie możecie się zdecydować? Ja jestem fanką czytania jak najwięcej, bo to jedyna droga, żeby zdobyć wiedzę i wyrobić sobie własną opinię. Po lekturze tych książek widzę olbrzymią potrzebę na książkę o modzie najnowszej, z wybranymi problemami ostatnich czterech dekad. Ujęcie chronologiczne będzie nas gubić, wszystkiego opisać się nie da, a Moda. Wielka księga… spełnia zadanie szerokiego ujęcia chronologicznej historii odzieży w dużym zakresie i najzwyczajniej kolejna tego typu książka nie jest nam potrzebna. Jesień za pasem, zaraz zacznie się robić ciemno, padać i wiać. Już wiecie, co wtedy należy przeczytać.

* * *

Dziękuję Wydawnictwu Arkady za przesłanie egzemplarza recenzenckiego.

Strona Wydawnictwa (klik)

Fanpejdż Wydawnictwa (klik)

  • Midsby

    Nie przypominam sobie, żeby na lekcjach mówiło się o ubiorze. Tym bardziej zauroczyło mnie krótkie „Powstanie w bluzce w kwiatki” znalezione na YouTube. Wszak te wszystkie dzielne dziewczyny w coś musiały się ubierać! Lubię książki, do których można podchodzić swobodnie i niektóre rzeczy pomijać lub wracać do nich później. Tym bardziej, z tego co piszesz, „Moda. Wielka księga ubiorów i stylów” wydaje się być czymś w sam raz dla mnie :)

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      W takim razie to książka dla Ciebie :) Dziękuję za informację o filmie, poszukam na YT i zapewne z przyjemnością obejrzę.