O kanonie i historii mody

21 sierpnia 2017

Autor: Piotr Szaradowski, Muzealne Mody (www) (fanpage) (instagram)

Najtrudniej znaleźć dobry przykład. Taki, który mógłby trafić do dużej liczby Czytelników. Szukałem go w różnych dziedzinach, po czym (jak to z reguły bywa) okazało się, że najprostsze rozwiązanie jest najlepsze. To wsparcie przyszło ze strony szkolnych lektur. Skojarzenia szybko się uruchamiają, a myśli mnożą: co było ulubioną lekturą, co czytałem/ czytałam, a czego nie. No i koniecznie postać polonistki. Ale to nie jest kierunek, który chcę przyjąć. Chodzi mi raczej o to, by w oparciu o to szkolne myślenie napisać na czym polega kanon w historii mody, i że w ogóle taki kanon istnieje. Dlatego właśnie przykład lektur jest dobry, bo – mam nadzieję – wszyscy z nas mają świadomość jego istnienia. Co jakiś czas przecież wybuchają żarliwe dyskusje na temat zmian, jakie mogłyby w nim nastąpić. A z drugiej strony, co w kanonie absolutnie musi zostać. Dla mnie ważne w tym momencie są dwie kwestie. Pierwsza, że poza kanonem lektur jest cała masa ciekawych książek do czytania (wiadomo). Druga, że nawet na lekturę od lat funkcjonującą w systemie szkolnym można spojrzeć z nowej perspektywy, umieścić ją w nowym kontekście (niby wiadomo, ale nie jest to łatwe).

Obydwa te zagadnienia można z łatwością zastosować do historii mody, w której także obowiązuje od lat ustanowiony kanon. Jest on o tyle „groźniejszy” od tego znanego ze szkoły, że nie jest na pierwszy rzut oka widoczny. Wydaje się wręcz, że go nie ma. Spróbujmy jednak zastanowić się nad tym, co jest kanoniczne w przypadku historii mody. Pierwsze skojarzenia: Dior? Chanel? Sukienka mondrianowska? No i mamy pierwszą zdobycz. Otóż absolutnym kanonem jest moda francuska. A crème de la crème stanowi haute couture. Ale czy na pewno wszyscy projektanci z tego kręgu? Z całą pewnością nie. Spróbujmy zatem wymienić kogoś spoza kanonu? Trudno, prawda? Jak bowiem można wiedzieć o czymś, czego się nie wie, skoro się po prostu nie wie? Tak to właśnie działa. Jednocześnie ci znani przez nieustanne powtarzanie stają się jeszcze bardziej znani, a ci nieznani zupełnie popadają w niepamięć. Nie, nie uderzę teraz w żałobne tony nad tymi drugimi i nie będę ubolewał nad niesprawiedliwością historii. Takie mechanizmy są niestety powszechne w wielu dziedzinach. Problem jednak w tym, by mieć świadomość tych procesów. I tu widzę zarówno ogromne pole do działania, i równie ogromną ilość pracy. Na dużo późniejszym etapie problemem będzie to, że „im dalej w las, tym więcej drzew”. Ale na samym początku nie widać nawet tego lasu. Lub jeszcze gorzej – nie wiadomo, że to o las chodzi. Bo jeśli już wiemy, czego chcemy szukać, to można zacząć pytać. Najlepiej od ogółu do szczegółu.

20170821_090551

Jeśli moda francuska jest kanonem, to zasadne wydaje się pytanie o inne kraje? No i już biegniemy myślami do Anglii, może nawet Włoch. A co z Niemcami? Portugalią? A Bułgarią czy Rumunią? A co z krajami pozaeuropejskimi? Można to skwitować stwierdzeniem, że przecież Paryż był stolicą mody, więc to chyba jasne, że mimo wszystko trzeba skupić się na Francji. Hm… a kto tak powiedział? Francuz? Europejczyk? No właśnie… i już jest zajęcie na lata ;)

Ale nawet gdybyśmy chcieli – świadomie – skupić się na Francji, to od razu mówię, że poza haute couture też mamy do czynienia z modą. Przecież haute couture to dopiero połowa XIX wieku. Jak zatem wszystko funkcjonowało bez Wortha? Czy przypadkiem część tych procesów nie trwała nawet po pojawieniu się Anglika w Paryżu? A w XX wieku… co z konfekcją? Albo jeszcze trudniejsze pytanie – co z resztą Francji? Choć zapewne, gdyby było to możliwe Paryż powiedziałby: „Francja to ja” :) Ale tak nie jest.

Ok, zawęźmy krąg, skupmy się na haute couture. Jak wiele nazwisk/ firm umiemy wymienić poza tymi powszechnie znanymi? Łatwiej będzie, gdy zawężę pytanie do jakiejś dekady. Tak lubiane lata 50.? Proszę bardzo. Na razie stosunkowo łatwo: Jacques Fath, Jean Dessès, Jacques Heim. A co z Madeleine Vramant, Maggy Rouff, Jeanne Lafauire, Raphaël’em? To nazwiska nieustannie przewijające się w ówczesnej prasie. Serio.

Wymyślam? Dobrze – pójdźmy zatem w kierunku bardzo dobrze znanych marek. Kto projektował dla Niny Ricci po jej śmierci? A dla domu mody Patou? A dla Lanvin? Co z Chanel (przed erą Karla)? A Balmain przed Oscarem de la Rentą i Olivierem Rousteing’iem? Nawet dom mody Diora umyka w takim ujęciu. Tzn. umyka taki projektant jak Marc Bohan, który projektował tam przez 30 lat! Trzydzieści lat pracy, ale stosunkowo mało osób go kojarzy. Mało tego. Wygląda to trochę tak, jakby ten dom mody nie istniał. Z lat 60. kojarzymy z Francji Yves Saint Laurenta, Cardina, Courreges’a, Givenchy’ego. Jeszcze Balenciagę, może Ungaro? Uwierzcie mi, że wymieniając najbardziej charakterystycznych projektantów/ domy mody dwóch kolejnych dekad nie wspomnicie o Diorze. A przecież pracownicy firmy ubrania szyli, sprzedawali i mało tego, te ubrania w swoim czasie były modne. A jednak słuchając opowieści wielu osób trudno oprzeć się wrażeniu, że po Diorze u Diora był YSL, a później Galliano (czasem może pojawi się Ferré).

Do tego wszystkiego dodajmy, że w podobny sposób można drążyć temat w stosunku do innych krajów, firm. Ogrom wiedzy, prawda? To szczerze mówiąc góra nie do zdobycia. Czy przypomina to trochę ogrom książek do czytania poza wyznaczonymi lekturami? Owszem. Lecz o ile ktoś, kto mówi, że lubi czytać, sięga na półki biblioteczne lub księgarskie i czyta, o tyle – mam wrażenie – osoby interesujące się historią mody mocno trzymają się wyznaczonego kanonu. I co gorsza, nie mają świadomości, że to robią.

Drugą z opcji, o której wspominałem na początku, jest spojrzenie na kanoniczne dzieło w nowym, innym kontekście. To już jest znacznie trudniejsze do wykonania, choć możliwe. Wymaga najczęściej znajomości innych dziedzin/ zagadnień. By dać jakiś przykład, przywołam tutaj niedawno napisany przez Suzy Menkes tekst o muzeach poświęconych Yves Saint Laurentowi jakie mają być otwarte jeszcze w tym roku (klik). Otóż dziennikarka zwraca uwagę między innymi na to, że chciałaby na przykład zobaczyć mondrianowską sukienką w zestawieniu z pracami innych projektantów z tego czasu. Podobnie zresztą myśli ona o słynnej kolekcji z 1976 roku. Problemem jest to, że stojący na straży dziedzictwa projektanta Pierre Bergé trzyma się własnej opowieści, w której nie ma wiele miejsca dla innych. Szkoda. Bo właśnie mniej więcej o to chodzi, bo o obiekcie/ wydarzeniu, które wydaje się, że znamy na wskroś, spróbować opowiedzieć z innej perspektywy. Wierzcie mi – da się i nie tylko w przypadku Yves Saint Laurenta.

Czy to, co piszę tutaj oznacza, że wszyscy powinni rzucić się do własnych poszukiwań i badań? Niekoniecznie. Na początek wystarczy, by uświadomić sobie, że to co wiemy (m.in. new look, mini, hippisi) to kanon. Historia mody jest znacznie szersza lub głębsza – jak kto woli. I ma do tego drugie, zdradzieckie dno. Rozpoczęcie przeszukiwania historii mody oznacza bowiem przyznanie – przynajmniej przed samym/ samą sobą: „niewiele wiem”. A to nie jest miłe. Bo dopóki ktoś nie wie, że nie wie, może się pławić w złudnym poczuciu, że wie. A to znacznie milsze. Prawda? Jednak ja łudzić nie będę – historia mody to dość poważna, a i niełatwa sprawa. Na dodatek wiecznie trzeba się zmagać z poczuciem, że niewiele się wie. Czy wciąż są chętni, by się tym zająć?

  • Basia Kowalska

    Historia mody jest to grubszy temat. Wydaje mi się, że poszukiwanie historii nie jest to przyznanie się do tego, że niewiele się wie na jej temat, lecz pokazuje iż chce się temat mody zgłębić. Nie ma przecież osób które wszystko wiedzą, a osoby lubiące historię na pewno odnajdą się zarówno w świecie mody. Tak jak napisałaś historia mody to dość poważna, a i niełatwa sprawa. Na dodatek wiecznie trzeba się zmagać z poczuciem, że niewiele się wie. Dlatego myślę, że dla chcącego nic trudnego i że człowiek uczy się całe życie temu też śmiało można zgłębiać wszelkie tajniki wiedzy związanej z modą! Zapraszam serdecznie do siebie tutaj. Pozdrawiam Ciepło! ;*

    • http://www.modologiablog.pl/ modologia

      Dziękuję w imieniu Piotra, bo to akurat on jest autorem tego tekstu, a nie ja. Zgadzam się z Tobą, w zgłębianiu wiedzy dla chcącego nic trudnego (a przynajmniej nie tak wiele, jak się wydaje ;)). Serdeczności!