Gwiazdka z nieba, a księżyc… z Peweksu

10 października 2017

Autor: Piotr Szaradowski, Muzealne Mody (www) (fanpage) (instagram)

W 1989 roku miałem 12 lat. Wystarczająco dużo, by zapamiętać kolejki, kartki, smak gumy z Kaczorem Donaldem, wodę sodową z saturatora, wyroby czekoladopodobne i oczywiście Pewex. Piszę o tym dlatego, bo nie sposób się od tego odciąć. Zwłaszcza czytając książkę Aleksandry Boćkowskiej Księżyc z Peweksu. O luksusie w PRL (klik).  Nie będę też ukrywał, że bardzo na te książkę czekałem. I od razu mogę powiedzieć, że się nie zawiodłem.

ksiezyc_z_peweksu

Zebrany materiał Autorka podzieliła według następujących kategorii: Luksus wpływa do Polski; Luksus niematerialny; Luksus władzy; Luksus specjalnego znaczenia; Luksus wyobrażony; Luksus lokalny oraz Luksus oskarżycielski. W ten sposób Czytelnik może poznać różne środowiska z luksusem kojarzone, łączone i czasem faktycznie ten luksus mające.  Nie mamy tu zatem opowieści typu w latach pięćdziesiątych  to było tak a tak; w latach sześćdziesiątych to a to; a jeszcze inaczej było w latach osiemdziesiątych. Moim zdaniem wybrany przez Autorkę układ treści jest znacznie ciekawszy i ułatwia porównania nie w porządku dekadowym, ale środowiskowym. Oczywiście jest tak, że dla osób nie znających podstaw historii PRL – chociażby nazwisk pierwszych sekretarzy KC PZPR czy  premierów – może stanowić to pewne utrudnienie. Lecz tak naprawdę dotyczyć to będzie raczej młodszych czytelników. Ci nieco starsi słyszeli te nazwiska tyle razy, że wbiły się one w pamięć mimowolnie. Poza tym książka Boćkowskiej to nie podręcznik, który miałby wszytko tłumaczyć na marginesach. Księżyc z Peweksu jest książką par excellence reporterską.

Autorka jako reporterka świetnie się sprawdza. Dociekliwa, wnikliwa, starająca się zachować dystans, trzymająca emocje na wodzy, ale gdy okazuje się to konieczne celnie komentuje i podsumowuje. Bardzo podoba mi się również brak sentymentalizmu często wyczuwanego u autorów piszących o PRLu.  Pisze na przykład: „Jeśli lata siedemdziesiąte odrzeć z tęsknoty za beztroską młodością, zostaną wielka płyta i małe fiaty. Nieco upraszczając. Bo jeszcze drogi, hotele, Huta Katowice, zadłużenie szacowane w 1980 roku na dwadzieścia cztery miliardy dolarów. No i rozdęty do nieprzytomności system przywilejów i układów.” (s. 147).

Jej profesjonalizm i doświadczenie ujawniają się dyskretnie. Podbało mi się, gdy napisała że: „To jest naprawdę nieprzyjemne. Od wejścia – słoń, dwa lwy i kły dla ozdoby. Potem żubry, sarny, białe niedźwiedzie, tygrysy i  nawet wielbłąd. Wszystkie niestety nie żyją. Henryk Stokłosa, dziś biznesmen, do niedawna senator, nie  posiada się z dumy. Z pasją opowiada, gdzie ustrzelił które zwierzę i jak bardzo podrożały polowania w Afryce. No i że to cudownie dla przyrody tak strzelać” (s. 169). To wystarcza by wiedzieć co myśli Autorka. Jednocześnie daje mi to jako Czytelnikowi pewność, że mam doczynienia z zawodowcem. Na marginesie – nie mam pojęcia jak powinna brzmieć forma żeńska od tego słowa. A przydałaby się dla określenia wielu kobiet. W tym autorki Księżyca.

Bohaterów reportażu Boćkowskiej nie brakuje. Ich różnorodność także jest warta uwagi. Podobnie jak opowiadane przez nich historie. Mnie najbardziej ujęła ta:

„Zatem państwo Duninowie remontują po raz setny kilkunastoletniego wartburga, wystają w kolejce zgody na wyjazd, pani Amelia piecze dwa serowce, pakuje buraki, ziemniaki, chleb i kopę jajek – i ruszają. Najpierw Wiedeń, przyjmują ich znajomi, serowce mogą poczekać. Kuzyn z Kanady przysyła jakieś pieniądze, kolega z Wiednia załatwia kupony na tańszą benzynę, więc można dalej na południe. Starają się nocować w krzakach, tylne siedzenie wartburga rozkłada się jak wersalka. Ale nie zawsze się da. W Rzymie śpią na kempingu, w dzień biorą do torby serowiec i autobusem jadą do miasta. Mąż chodzi na kawę, bo lubi, ona pije wodę z kranu. Objeżdżają kawał Włoch. W Perugii Amelia kupuje sobie dżinsy, od dawna marzyła. Poza tym prowadzi dziennik. Zapisuje wrażenia, wkleja zdjęcia z prospektów turystycznych, wycina informacje o tym, co ją ciekawi.

Wracają. Kontrola na granicy trwa cztery godziny. Celnicy przeszukują wartburga, brak widocznych znamion przemytu tylko potęguje czujność. Wreszcie znajdują zeszyt.

– Co to jest?

– Widzi pan przecież.

– Widzę, ale wcześniej nigdy nie widziałem. Wy tu tylko notatki macie.

– Tak, bo jechałam się czegoś nauczyć. Tylko tyle mam.”  (s. 98).

Czy można zachęcić bardziej do przeczytania tej książki? Aaaaa…. już wiem. Spodziewaliście się, że będę wspomiał o modzie, prawda? Po pierwsze Autorka już pisała o modzie w PRLu w książce To nie są moje wielbłądy (klik). Poza tym – co wydaje mi się o niebo ważniejsze, by dowiedzieć się więcej o modzie danego czasu, warto przeczytać coś innego, nie związanego wprost z modą. I tutaj dochodzimy do pewnego paradoksu. Bywa, że osoby twierdzące, że moda to coś więcej niż tylko modne ubrania, że liczy się kontekst itd., ograniczają się do mówienia o modnych formach ubiorów zaprzeczając sobie w ten sposób. Jeśli bowiem zadamy sobie pytanie nie o to jak się ludzie ubierali, ale dlaczego tak się ubierali takie książki jak ta szybko okażą się bezcenne.