„Język ubiorów”, czyli o niedobrej książce

20 listopada 2017

W badaniach starających się połączyć teorię mody i teorię komunikacji nieustannie wypływa praca Alison Lurie The Language of Clothes (1981). Książka ta napisana jest niezwykle przystępnym językiem (który określiłabym jako klasyczny język amerykańskiego poradnika o życiu), a jej autorka stawia tezę, że nasz strój jest niby język, którym się posługujemy, a poszczególne sztuki ubrania są jakoby te literki i słowa, dzięki którym możemy „się wyrazić”. Przyznacie, że to porównanie jest proste, trafiające do wyobraźni i pozwalające na dalsze cytowanie. Cytujący łapią w lot pomysł autorki i ubarwiają jej cytatami własne teksty. Czy to coś złego? Zacznijmy od początku.

20171113_160208

W książce The Language of Clothes (1981) Alison Lurie stawia zatem tezę, że ubiór jest językiem, za pomocą którego komunikujemy określone znaczenia. Powołując się na pracę Rolanda Barthes’a System Mody (1967) przywołuje semiotykę oraz socjologię jako dziedziny zajmujące się badaniem mody jako języka znaków, niewerbalnego systemu komunikacji. Przywołanym badaniom stawia jednak następujący zarzut:

„(…) żaden z tych teoretyków nie zauważył dotychczas tego, co wydaje się oczywistym: jeśli ubranie jest językiem, to musi posiadać słownictwo i gramatykę, podobnie jak inne języki. Oczywiście, jak w przypadku ludzkiej mowy, nie ma jednego języka ubioru, ale wiele: niektóre z nich (jak holenderski i niemiecki) są ściśle ze sobą spokrewnione, a inne (jak baskijski) są niemalże niepowtarzalne. W ramach każdego języka ubioru jest wiele różnych dialektów i akcentów, niektóre prawie niezrozumiałe dla członków głównego nurtu kultury. Co więcej, jak przypadku mowy, każdy człowiek ma swój własny zasób słów i stosuje indywidualne wariacje tonu i znaczenia”(Lurie 1981).

Proste, prawda? Owo założenie o przekładalności stroju na język jest podstawą całej pracy Lurie, która choć powołuje się na pracę Barthes’a, to równocześnie zupełnie ignoruje jego uwagę o niemożliwości utworzenia „języka Mody” na podobieństwo jakiegokolwiek języka obcego. Innymi słowy, z cytowanej pracy korzysta tak, jak jej pasuje. Zatem nieprawdą jest, że „żaden z teoretyków” nie zauważył „oczywistości” – Barthes zauważył, ale Lurie nie doczytała.

Sam Barthes dosyć szybko po publikacji swojej książki przyznał, że jego System Mody (1967) można od razu zaliczyć do historii semiotyki, ponieważ zwiodło go „marzenie o naukowości”, a dodatkowo nie znał wszystkich prac z historii semiotyki pisząc własną pracę, a które znać należałoby porywając się na takie dzieło. Podejrzewam, że Lurie przebrnęła tylko przez początkową część książki Barthesa (a naprawdę przeczytanie całości jest wyzwaniem – piszę to trzykrotnej lekturze) i wybrała ze wstępu to, co odpowiadało jej przemyśleniom, albo raczej: co było dla niej zrozumiałe. Co więcej, zupełnie zignorowała samą historię mody – rzeczywiście, można pokusić się o stwierdzenie, że np. w XIX wieku strój był na tyle skodyfikowany, że można było stwierdzić, do jakiej klasy społecznej przynależy nosząca go kobieta. Inny przykład: zanim kimono weszło w obieg popkultury można było pokusić się o interpretację zdobiących go kolorów i wzorów, o odczytanie subtelnych informacji czytelnych dla osób znających kulturę japońską, a dla postronnych ograniczających się do określeń „ale to piękne”. Ale wiek dwudziesty to już konsekwentna historia łamania wszelkich konwenansów i nie trzeba wielkich badań, żeby dostrzec, iż w otaczającym autorkę świecie nie ma możliwości utworzenia sztywnego przełożenia literka – skarpetka, strój codzienny – zdanie mniej lub bardziej złożone. Ale kto by tam patrzył na świat, skoro można światu ogłosić ex cathedra, iż jest zupełnie inaczej.

W swojej pracy zatem Lurie proponuje słownictwo stroju (ang. vocabulary of dress) - uwzględnia w jego zakresie nie tylko ubranie, ale także uczesanie, dodatki, biżuterię, makijaż i wszelkie sposoby dekorowania ciała. Stawia również tezę dotyczącą możliwości wyrażenia siebie za pomocą stroju związaną z ilością posiadanych ubrań: twierdzi, że „słownictwo” rolnika posiadającego kilka sztuk odzieży jest ubogie, ponieważ posiada on niewiele możliwości tworzenia „zdań”, a dodatkowo owe „zdania” będą bardzo ubogie w treści. Na przeciwległym biegunie znajduje się tzw. fashion leader, czyli osoba, która ma setki rzeczy w swojej garderobie, z których potrafi stworzyć tysiące „zdań” wyrażających różnorodne znaczenia. Lurie przyrównuje wielokrotne noszenie tej samej części garderoby przez osobę niezamożną do posługiwania się przez nią ograniczonym zasobem słownictwa w mowie, do skłonności do powtarzania ciągle tych samych fraz typu „wiesz”, „fajnie” czy „fantastycznie” (Lurie 1981).

Przyznacie sami, że to karkołomne założenie: osoba mająca dużo rzeczy w szafie potrafi lepiej wyrazić siebie niż ktoś, kto ma zapędy minimalistyczne. No cóż, wiele szafiarek mogłoby to ucieszyć, wielu minimalistom i minimalistkom raczej się to nie spodoba. Rzecz w tym, że podobanie się nie ma tutaj nic do rzeczy: nie ma żadnych dowodów na to, że pękająca w szwach szafa da nam lepszą możliwość „wyrażenie siebie” niż posiadanie sześćdziesięciu siedmiu i pół sztuk odzieży (to pół to jedna zagubiona skarpetka). Przyjemnie jest wierzyć, że kolejna kiecka to sposób na „pokazanie mojego prawdziwego ja” w sposób pełniejszy niż dotychczas, mniej przyjemnie jest przyjąć do wiadomości, że w ten sposób kupujemy rzecz bez której zasadniczo potrafimy się obejść czy też, że prościej jest wzbudzić efekt „wow!” wśród bliźnich nowymi butami niż nowo przeczytaną książką (upraszczam – zależy od znajomych, niemniej… ).

Z drugiej strony jednak tezy Lurie nie są specjalnie zaskakujące, jeśli przyjrzymy się opublikowanej w 1976 roku pracy Edmunda Leach’a Kultura i komunikowanie. Wśród wielu analizowanych zjawisk, Leach (badacz kultury i komunikacji) postrzegał styl ubiorów jako specyficzny rodzaj kodu: „Chciałbym stwierdzić obecnie, że wszystkie różnorakie pozawerbalne wymiary kultury, takie jak style ubiorów, rozplanowanie wsi, architektura, meble, pożywienie (…) itd., zorganizowane są w uwzorowane układy tak, by zawierały zakodowane informacje w sposób analogiczny do dźwięków, słów i zdań język naturalnego. Twierdzę tym samym, iż można z równym prawdopodobieństwem mówić o zasadach gramatycznych rządzących ubieraniem się, jak o regułach gramatycznych rządzących wypowiedziami słownymi” (Leach 2010). W innym miejscu – podobnie jak Lurie w przykładzie rolnika i fashion leader’a – porównał części garderoby z literami: „Wyjęte z kontekstu części odzieży nie posiadają „znaczenia”; mogą być poukładane w szufladzie jak poszczególne litery, które zecer wykorzystuje do sporządzenia linotypu, lecz gdy zestawimy je razem tak, aby utworzyły strój, formują one cechy dystynktywne określonych ról społecznych” (ibid.). Leach zwracał jednak uwagę także na fakt, że aby doszło do prawidłowego odczytania informacji, której źródłem jest ubiór, to musi on być „wysoce zestandaryzowany i łatwy do rozpoznania” (ibid.).

Przykład takiego zestandaryzowanego ubioru? Mundur żołnierski, habit, uniform lekarza lub strażaka – te stroje są ujednolicone, przypisane określonym rolom pełnionym w społeczeństwie. Jednak Lurie nie uwzględniła w swojej pracy takiego zastrzeżenia. I to jest podstawowa różnica: Lurie nie bawi się w takie subtelności. Zwróćmy także uwagę, że praca Leacha to rok 1976, jeszcze nie szaleje postmodernizm z możliwością łączenia wszystkiego ze wszystkim, jeszcze można wskazać różne rodzaje ubiorów, co do interpretacji których można osiągnąć względny konsensus (np. stroje subkultur – identyfikowanie noszących określone ubioru jako członków danej subkultury). Jeszcze trzeba pamiętać, że praca opublikowana w 1976 i zawarte w niej obserwacje dotyczą okresu wcześniejszego, jeszcze można usprawiedliwić Leacha, że nie zgłębiał przemian zachodzących w systemie mody i nie był specjalistą od badań nad ubiorem i modą. Tymczasem Lurie wygłasza swoje poglądy jako niemalże prawdy objawione. Ona wie.

Metafora „ubioru jako języka” jest potraktowana przez Lurie dosłownie, autorka stara się pokazać, że dowolnie wybrane zjawisko znane z języka można przenieść na teren badań nad strojem w relacji tożsamości. Przywołuje różne przykłady tożsamości języka i stroju, które brzmią co najmniej kuriozalnie, ale za to są wyjątkowo łatwo przyswajalne:

- wyrażenia slangowe: „Ubiór codzienny, podobnie jak mowa potoczna, jest zwykle luźny, swobodny i kolorowy. Często zawiera coś, co można by nazwać „slangiem”: niebieskie dżinsy, trampki, czapki bejsbolowe, fartuchy, domowe sukienki w kwiatki itp. Te ubrania nie mogłyby być noszone w sytuacji formalnej bez wywołania dezaprobaty, ale w codziennych sytuacjach uchodzą bez uwag” (Lurie 1981) – teza nie do utrzymania w dzisiejszym świecie, w zdecydowanej większości miejsc pracy. Owszem, pewne zasady mniej lub bardziej formalnego ubioru w  zależności od okazji nadal funkcjonują, ale przez te trzydzieści sześć lat od publikacji książki Lurie świat zmienił swoje zapatrywania na to, co i gdzie wypada nosić.

- znajomość obcego języka: „Kiedy widzimy Hinduskę w sari lub Japonkę w tradycyjnym kimono, potrafimy zidentyfikować je w taki sam sposób jak potrafilibyśmy zidentyfikować obcy język, nawet bez szczególnego zrozumienia, co właśnie zostało powiedziane. Tylko jeśli sami „mówimy” językiem ubioru hinduskiego lub japońskiego – to znaczy jeśli znamy ubraniowy kod tych kultur – będziemy mieć jakiekolwiek pojęcie na temat konkretnego komunikatu przekazanego przez te stroje” (Lurie 1981) – tak, języki różnią się między sobą, ludzie różnie ubierają się w różnych regionach świata. Mają także inną architekturę, nawyki żywieniowe i sposoby spędzania wolnego czasu. Z tego jednak nie wynika, że ubiór, budynki lub dania odpowiadają literkom i zdaniom.

- porównanie stroju regionalnego z regionalnym dialektem: zarówno strój, jak i dialekt danego regionu, bywają bardzo od siebie odmienne, nawet jeśli istnieją na terytorium jednego kraju (Lurie 1981) – kolejne zestawienie, z którego nic nie wynika, poza oczywistym stwierdzeniem, że istnieją różne dialekty i różne stroje regionalne. Na tym etapie można powoli zacząć się gubić i zastanawiać, dlaczego Lurie mówi o oczywistościach.

- pozycja społeczna znajduje odzwierciedlenie w języku, jakim się posługujemy oraz w stroju, jaki na siebie zakładamy: „Ubranie zaprojektowane tak, aby pokazać społeczną pozycję noszącego, ma długą historię. Tak jak najstarsze języki są pełne wyszukanych tytułów i form zwracania się do odbiorcy, tak przez tysiące lat pewne sposoby wskazywały wysoką czy królewską rangę” (Lurie 1981) – i znów moglibyśmy powiedzieć, że są kuchnie z różnych regionów świata, ze składnikami mniej lub bardziej luksusowymi, ale z tego jeszcze nie wynika, że składniki spożywcze to alfabet, z którego kucharz składa mniej lub wyszukane zdania w postaci potraw na talerzu. Brzmi jak brednia w stosunku do kulinariów? To dlaczego tak łatwo przychodzi zaakceptowanie poglądów Lurie w odniesieniu do stroju?

Zatem: nie, nie i jeszcze raz nie. Tych stwierdzeń nie da się udowodnić. Ale spójrzcie, jaki mają olbrzymi potencjał cytowalności w tekstach dziennikarskich (i naukowych niestety nadal też). Wciąż pokutujące pytanie o to, „jaka jest ta moda polska/brytyjska/belgijska?” to pokłosie myślenia z gatunku Lurie.

W uzasadnieniach kolejnych porównań jako potwierdzenie postawionej tezy o przekładalności garderoby na język autorka przywołuje – o czym informuje już we wstępie do swojej pracy – wiele prywatnych obserwacji uzyskanych podczas pisania książki, które mieszają się z faktami historycznymi i przykładami z literatury. Porównanie stroju i języka jest niezwykle nośne i trudno odmówić mu lekkości i łatwości trafienia do wyobraźni odbiorców – jednak jest nie do utrzymania z perspektywy językoznawstwa, teorii mody i teorii komunikacji. Strój jest jednym z elementów komunikacji niewerbalnej – temu nie zaprzeczam, ale czym innym jest twierdzenie, że to, co mamy na sobie, wpływa na to, jak postrzegają nas inni, a czym innym tworzenie sztucznego „języka ubioru” i wynajdywanie sztywnych porównań, których prawdziwości nie można udowodnić w żaden znany mi sposób.

Podejście Lurie i jej sposób wykorzystania teorii komunikacji w jej książce spotkało się z krytyką w nowszych pracach poruszających problem „ubioru/mody jako języka”. Przyjrzymy się kilku wybranym krytykom.

Idea jednoznacznego przekładu stroju na mowę nie znalazła poparcia u Freda Davisa, autora książki Fashion Culture and Identity (1994). Dlaczego? Davis wskazuje, że o ile podczas rozmowy kolejne zdania wypowiadane przez rozmówców sprzyjają rozwinięciu wybranych przez nich wątków, to strój jest w stanie wyrazić jedynie pewną pojedynczą myśl, nawet złożoną, ale nie przerodzi się w rozmowę dopóki osoba nosząca dany strój nie zmieni go na inny. W trakcie rozmowy, kontynuuje Davis, zdania szybko ulatniają się (chyba, że zostaną zapisane), podczas gdy strój utrzymuje swoje znaczenie przez cały czas trwania dyskusji. Innymi słowy, strój nie angażuje się w dialog, prezentuje jedynie pewne stanowisko (Davis 1994). Krytyczne uwagi Davisa, choć nie odnoszą się bezpośrednio do pracy Lurie, skutecznie chłodzą nadmierny entuzjazm wobec podejścia autorki traktującej strój jako równorzędny odpowiednik języka. Zatem: ubiór dostarcza pewnych informacji na nasz temat. Ale: nie mamy pewności, że nasza intencja przekazania konkretnej informacji za pomocą stroju zostanie poprawnie zinterpretowana. Kobieta ubrana w strój w monochromatycznych barwach chce się schować przed światem, czy może to minimalistka? Może nudziara? A może ambitna intelektualistka, która ponad dobieranie sztuk garderoby ceni dobieranie książek do swojej biblioteki? Kobieta z gatunku „kolorowy paw” ukrywa swoje prawdziwa „ja” pod toną dodatków, bo jedyne co, potrafi, to atrakcyjnie się ubrać? Czy może to awangardowa i ekstrawagancka osobowość, która chce w ten sposób pokazać swoje bogate wnętrze i jak tylko coś powie, to czujemy każdym zmysłem, że to przemyślana i spójna całość? W koncepcji Lurie nie ma miejsca na takie wątpliwości.

Bezpośrednio skrytykował pracę Lurie teoretyk komunikacji Malcolm Barnard w najpełniejszej jak dotąd pracy rozważającej związki między ubiorem i modą a teorią komunikacji Fashion as Communication (2002). Wskazał, że Lurie nie precyzuje w żadnym miejscu, czy bliższa jest jej semiotyczne czy transakcyjne podejście do komunikacji wyszczególnione przez Johna Fiskego w pracy Wprowadzenie do badań nad komunikowaniem (2003). Autorka czasem pisze o ubiorze jako o znaku, a czasem określa ubiór mianem komunikatu. Największy zarzut czyni jednak Barnard pracy Lurie w zakresie dosłownego potraktowania porównania ubioru i języka: Lurie sprowadza język do zbioru słów, gramatyki i składni, a jego rolę do wyrażania idei i znaczeń. Dla Barnarda takie ujęcie języka i znaczenia jest mechanistyczne, a jego przełożenie na ubiór i modę nie powinno być poprowadzone tak daleko, jak zrobiła to Lurie (Barnard 2002). Na obronę Lurie można tu tylko wysunąć argument, że praca Fiskego pojawiła się na rynku w rok po pracy Lurie, więc trudno, żeby znała jej założenia. Niemniej chwała Barnardowi za pokazanie, że badania teorii komunikacji przeczą tezom wysuniętym przez Lurie.

Podejście Lurie nie przekonało także Larsa Svendsena, ktory w jednym z rozdziałów swojej książki Fashion: A Philosophy (2007) poświęconemu dociekaniom nad relacjami między ubiorem i modą a językiem również uznał podejście Lurie za co najmniej nieprzekonywujące. Do argumentów przywołanych przez Barnarda Svendsen dodaje, że analogia pomiędzy zasobem słownictwa a zasobem posiadanej garderoby nie ma racji bytu. Jego zdaniem ubrania komunikują niewiele treści, więc przywołany przez Lurie przykład fashion leadera i rolnika, których siła wyrazu jest zależna od ilości ubrań i dodatków nie ma żadnego uzasadnienia.

Svendsen uważa także, że usilne starania autorki, aby każdy przywołany przykład obrazował wybraną analogię między językiem a ubiorem/modą, wprowadza czasami niezamierzony efekt parodii, jak przywołane przez Lurie stwierdzenie o tym, że krawat w jasnych barwach jest dowodem męskości, natomiast kleryk pozbawiony krawaty został „symbolicznie wykastrowany” (Svendsen 2007). Lurie wydaje się faktycznie wierzyć, że ubranie jest językiem, że nie jest to tylko nośna metafora pomagająca zrozumieć wybrane zjawisko. Jednak wiara to jedno, a wiedza to drugie. Krytykę jej pracy Svendsen konkluduje w następujący sposób: „Oczywiście ubrania coś komunikują, ale co to jest? Nie można automatycznie przypisać im funkcji wyrażania komunikatu” (Svendsen 2007). Jako przykład mylnego rozumienia ubioru jako komunikatu Svendsen przywołuje rysunek z czasopisma The New Yorker, na którym postać Rhondy Perlmutter III jest ubrana w kapelusz, który „mówi”: „Najbardziej lubię jeść tuńczyka”, torebka „mówi”: „Kiedyś chciałabym zobaczyć UFO”, a spódnica: „Moja matka mieszka w Sacramento, ale często rozmawiamy przez telefon” (ibid.). Czy to „mówią” ubrania? Ten sposób postrzegania ubrania jako komunikatu jest naturalnie przerysowany, ale trafnie oddaje założenie, które przenika pracę Lurie: określony strój jest odpowiednikiem konkretnego zdania. I jakkolwiek Svendsen dostrzega wartość w wykorzystywaniu teorii komunikacji w badaniach nad ubiorem i modą, to sprzeciwia się tak dalece posuniętemu uproszczającemu podejściu.

Praca Lurie w zamierzeniu autorki miała nosić znamiona „naukowości”: temu zapewne miało służyć przywołanie we wstępie pracy Barthesa i powoływanie się na teksty rożnych badaczy w treści pracy. Jednak tekst ten już od pierwszych stron budzi wiele zastrzeżeń i wątpliwości. Doprowadzona do karykaturalnego rozmiaru metafora „języka ubiorów” i sam pomysł porównania zasobu garderoby z zasobem posiadanego słownictwa sprowokowały słuszną krytykę koncepcji Lurie. Jest to jednak praca od ponad trzech dekad obecna w dyskursie dotyczącym mody i ubioru, dostępna w języku angielskim i hiszpańskim (od 1994 roku). Lurie przedstawia swoją koncepcję prostym językiem, co powoduje, że jej publikacja jest zrozumiała dla szerokiego grona odbiorców. Praca ta, choć jej tezy i sposób ich uargumentowania są co najmniej dyskusyjne dla językoznawców czy teoretyków komunikacji, funkcjonuje w anglojęzycznym dyskursie dotyczącym badań nad modą z perspektywy teorii komunikacji. Nie tak dawno, bo w 2015 roku słuchałam wystąpienia na konferencji w Mediolanie o vocabulary of fashion. Myślę, że żywotność tezy Lurie wynika z tego, że badacze mody mają najczęściej niewielką lub żadną wiedzę z teorii komunikacji i nie wnikają w nią szczególnie głęboko.

Praca Lurie jest niestety także przykładem tekstu, który nie sprzyja tworzeniu pozytywnego wizerunku badań nad modą i ubiorem wśród akademickich badaczy, ponieważ przedstawia ten obszar badań jako zbiór mniej lub bardziej uzasadnionych anegdot wymieszanych z przypadkowo dobranymi fragmentami pracy rożnych badaczy mody i ubioru. Oczywiście, można znaleźć prace pisane dekady temu, które nadal pobudzają do myślenia, ale książka Lurie niech pozostanie dziełem historycznym, budzącym dziś raczej uśmiech rozbawienia (albo grozy – wedle upodowania i zapleczna naukowego), a nie pozycją cytowaną w tekstach roztrząsających „co mówi o nas nasz ubiór?”.

Chcielibyśmy panować nad tym, jak postrzegają nas inni, wyglądem osiągać określony skutek wśród ludzi, którzy na nas patrzą i nas słuchają. Dobrze dobrane ubranie niejednokrotnie dodaje pewności siebie. Niemniej z punktu widzenia badaczy mody koncepcja Lurie jest nieuzasadniona, a dla kształtujących się fashion studies po prostu szkodliwa. Niech vocabulary of fashion pozostanie określeniem na tłumaczenie słów określających różne elementy naszej garderoby,, a nie pseudonaukowym „badaniem”, które dowodzi tylko jednego: ignorancji autorki książki.