Marzenia silniejsze od rzeczywistości

4 grudnia 2017

Autor: Piotr Szaradowski, Muzealne Mody (www) (fanpage) (instagram)

Do opisania wystawy celebrującej 70-lecie domu mody Christiana Diora, wciąż pokazywanej w Les Arts Decoratifs  podchodziłem jak do jeża. No bo jak opisać TAKĄ wystawę? Jej rozległość i skala mogą przytłoczyć nawet doświadczonego „zwiedzacza” wystaw i sprawić by zaniemówił z wrażenia. Niełatwo się z tego otrząsnąć. Jeszcze trudniej poddać krytyce. Ale skoro wystawa nosi tytuł „Christian Dior – projektant snów”, to po wybudzeniu się jest możliwość analizy. Ale proste reguły z podstawowego sennika to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że nie chcę pisać po raz kolejny o tym, jak to Christian Dior pokazał kolekcję „new look”, co  szybko wywindowało go na szczyt, ani o wróżbie przepowiadającej jego przyszłość, czy o jego następcach na stanowisku projektanta. To wszystko można znaleźć na stronie muzeum oraz w napisanych już relacjach z wystawy. Co zatem pozostało do powiedzenia?

ZDJĘCIE 01

SEN

„Kreacje jak ze snu”, „suknie marzeń” to pierwsza, najbardziej oczywista warstwa tej wystawy. Rzeczywiście, muzealne magazyny zostały mocno przewietrzone. Nie żałowano pieniędzy na ściągnięcie sukni nawet z najdalszych zakątków świata. Ale przede wszystkim wyciągnięto ubiory z archiwum domu mody, które są słabo znane (czytaj: nie są opatrzone), co jest jedną z największych zalet tej wystawy. Łącznie ponad trzysta kreacji do oglądania i to bez poczucia, że pokazano wszystko co jest – gorsze i słabsze też. Nie – tam naprawdę każda suknia/ kostium mogą wzbudzić pożądanie. I wzbudzają. Już samo oglądanie tych obiektów wystarczyłoby, żeby uznać tę wystawę za wartą obejrzenia. Ale to zaledwie wierzchołek. Oprócz ubiorów są także zdjęcia, akcesoria, dodatki i to wszystko najwyższej jakości. Wraz z obrazami, rzeźbami, meblami, które również znajdziemy na wystawie, tworzy się niemal nie dającą się ogarnąć całość. Trochę tak, jak byśmy zwiedzali fabrykę czekolady Williego Wonki.

Pierwszy moment, gdzie można się całkowicie zatracić to miejsce prezentowania palety barw stosowanych przy tworzeniu kolekcji w domu mody Diora. Czego tam nie ma… Niekończący się ciąg gablot ujawnia drobiazgi, drobiażdżki, suknie, biżuterię, torebki, buty, kapelusze, reklamy we wszystkich kolorach tęczy i jeszcze więcej. W tej przestrzeni można utknąć na długie godziny. Dosłownie. Tylko w tym dziale jest kilkaset obiektów, a każdy naprawdę warty jest uwagi. Na potwierdzenie moich słów mogę dodać, że wśród prezentowanych tam rzeczy są także mini suknie stworzone na wystawę Le Petit Théâtre Dior, którą popularyzowała seria krótkich filmów dokumentujących ich powstanie (tutaj).  A przecież one same były już tematem osobnej wystawy! Tonacja kolorów przechodzących płynnie jeden w drugi sprawia wrażenie, jak byśmy szli po tęczy na drugi jej koniec.

ZDJĘCIE 02 ZDJĘCIE 03 ZDJĘCIE 04

Kolejną możliwość zatracenia się i zgubienia na długie chwile dają ogrody Diora. Teoretycznie prosta (biały papier), lecz niesamowicie efektowna dekoracja sali powoduje, że faktycznie czujemy się jak w ogrodzie i niemal dosłownie toniemy w kwiatach. Najróżniejszych – można odnaleźć wszystkie wielkości i kolory w projektach samego Diora, a także Johna Galliano, Rafa Simonsa czy Marii Grazii Chiuri.

ZDJĘCIE 05 ZDJĘCIE 06

By poczuć kolejne, naprawdę mocne uderzenie trzeba chwilę poczekać, choć to nie znaczy, że pomiędzy tymi wyróżnionymi przeze mnie salami nic się nie dzieje. Nic bardziej mylnego. Wystawa bardzo rzadko zwalnia tempo i intensywność. Ale te kilka sal, które wymieniam, wyróżniają się według mnie szczególnie. Są w stanie zmęczyć i powalić każdego. I właśnie takim miejscem jest gabinet z prototypami.

ZDJĘCIE 07 ZDJĘCIE 08

Zaraz po wejściu do sali uderza nas ich ilość i wszechobecność (3 do 5 poziomów w górę). Wśród dominującej bieli możemy rozpoznać wiele kształtów sukni widzianych już wcześniej na wystawie. Ale najważniejsze ukryte jest we wnęce. Znajduje się tam stanowisko, gdzie można zobaczyć, jak są robione różne rzeczy. Kiedy ja zwiedzałem wystawę, była tam kobieta z pracowni Diora wyszywająca rozpiętą tkaninę koralikami. Inni moi znajomi, którzy widzieli tę wystawę wcześniej, byli świadkami wykonywania torebki ze skóry oraz upinania na manekinie. Ale zasada pozostaje ta sama – ręczna praca, niepowtarzalność, ekskluzywność.

Na koniec wystawy największy i najmocniejszy kaliber – bal u Diora. Trudno opisać to słowami i nie popaść w tanią egzaltację. Ale naprawdę ciężko użyć innego słowa niż oszołomienie. Oprócz wspaniałych balowych sukni umieszczonych w ogromnej sali mamy jeszcze dźwięk i prezentację wizualną pozwalającą zobaczyć raz rozgwieżdżone niebo, raz spadające, lśniące płatki śniegu. Efekt wzmacnia scenografia wykorzystująca ogromną ilość luster, dzięki czemu niebo rozciąga się w nieskończoność. W ogóle lustra, szyby, odbicia pojawiają się na tej wystawie dość często wzmacniając efekt iluzji, zacierania granicy pomiędzy rzeczywistością a złudzeniem poprzez zwielokrotnienia obrazu czy nakładania się widoku zwiedzających z prezentowanymi sukniami. Naprawdę można temu ulec i dopóki się jest na wystawie, ma się poczucie, że sen trwa.

ZDJĘCIE 09 ZDJĘCIE 10 ZDJĘCIE 11

PO PRZEBUDZENIU

Jakie zatem wrażenia zostają po zwiedzeniu i otrząśnięciu się z wystawy? Przede wszystkim jest to bardzo komercyjne przedsięwzięcie. Wszystko jest tam idealne, jak w cudownym śnie. Siedemdziesiąt lat trwania domu mody i nie ma choćby śladu gorszej kondycji firmy, a wiadomo przecież, że kiepskie czasy Dior także przeżywał (klik). W końcu firma trafiła w ręce Bernarda Arnaulta po uprzednim, dwukrotnym ogłoszeniu bankructwa. O modzie prêt-à-porter w wydaniu Diora nie ma ani słowa. Jest wyłącznie haute couture. Ale jednocześnie zero uwag o popularności czy kopiowaniu stylu i wzorów. Nie ma także miejsca na żadne kontrowersje, których przecież nie brakowało przy odejściu Yves Saint Laurenta, Marca Bohana, Johna Galliano czy nawet Rafa Simonsa. Mówiąc o projektantach można byłoby też złożyć hołd i podziękowanie tym, którzy także projektowali dla tego domu mody, ale nie byli głównymi projektantami. Tymczasem narracja wystawy powtarza po raz kolejny wszystko to, co już wiemy. Na szczęście jednak jest kilka elementów mniej popularnych i dzięki tej wystawie mających szansę się przebić do powszechnej świadomości. Mój numer jeden w tym zakresie to galeria sztuki prowadzona przez Christiana Diora.

ZDJĘCIE 12 ZDJĘCIE 13

Kolejna radość to spopularyzowanie postaci Marca Bohana, który ze wszystkich projektantów dla domu mody Diora pracował najdłużej (łącznie ponad 30 lat), a znany jest najmniej. Dobrze się też stało, że każdy z głównych projektantów pracujących dla Diora dostał osobną przestrzeń. Dzięki temu widać, że różnie można interpretować styl Diora, i że te różnice są naprawdę znaczące – tym samym jest temat na osobną wystawę.

Koniec końców dostajemy jednak naprawdę duży i słodki tort urodzinowy. Można powiedzieć, że właściwie podczas urodzin nie wypada wypominać potknięć czy kontrowersji związanych z historią domu mody. Z drugiej jednak strony ściągnięcie takiej ilości obiektów do jednego muzeum aż się prosi o wykorzystanie do porównań, krytycznego opracowania, co przecież nie jest czymś złym. Tego jednak nie otrzymujemy. Ale też nie oszukujmy się – ile osób byłoby zainteresowanych krytyczną wystawą? Z pewnością o wiele, wiele mniej. Można powiedzieć, że mimo wszystko z obecnej sytuacji korzystają i zwiedzający, i muzeum. Choć ta sytuacja wygląda na pozór idealnie, coś jednak nie daje mi spokoju. Dom mody Christiana Diora, podobnie jak muzeum, poprzez tę wystawę udostępniają szerokiej publiczności ekskluzywne kreacje, pozwalają obcować z luksusem, zobaczyć z bliska suknie gwiazd itd. Kolejki niebotyczne, ale każdy może przyjść i zobaczyć wystawę. I tu właśnie wyczuwam zgrzyt. Na zorganizowanie wystawy Diora poszły kolosalne pieniądze, a jednak na stronie internetowej trudno znaleźć coś więcej niż to, co towarzyszy innym wystawom organizowanym przez to muzeum. Nie uczyniono nic, by udostępnić wystawę osobom nie mogącym zwiedzić jej osobiście (z różnych powodów). Nie ma też niczego, co pogłębiłoby wizytę w muzeum. Nie, to nie są moje fanaberie czy zachcianki. Te braki widać zwłaszcza w porównaniu do muzeów amerykańskich. Les Arts Decoratifs wyraźnie prezentuje elitarne podejście. Z doświadczenia wystawy wyklucza wszystkich, którzy nie są w stanie przybyć osobiście (krótkie filmy dostępne na profilu FB muzeum to tylko kulisy przygotowań, które podkreślają skalę wydarzenia i zachęcają do przyjazdu do Paryża). Czyż nie przypomina to samego haute couture? Trzeba przybyć do Paryża, zjawić się na trzy przymiarki, by móc cieszyć się czymś unikalnym. Nie ma innej opcji (chyba, że się jest wybitnie bogatym, wówczas przymiarka przyjedzie do klienta). Podobnie jest z wystawą. By zmierzyć się z haute couture w wydaniu Dior trzeba przybyć do muzeum (przypominam, że na wystawie nie ma prêt-à-porter) i to najlepiej byłoby uczynić to trzykrotnie, bo wystawę naprawdę trudno prawdziwie zobaczyć za pierwszym razem. Ale nawet kilkukrotne przyjście nie pozwoli nam poznać wszystkich tajemnic domu mody. Podobnie jak przyjście na przymiarkę. Dostajemy możliwość zobaczenia tylko tego, co dom mody zechce nam pokazać. Te intencje są dla mnie jasne i zrozumiałe w przypadku firmy. Bardziej zastanawia mnie w tym rola muzeum, które z natury ma przecież nieco inne cele. Ale (nie)stety Les Arts Decoratifs nie pierwszy raz prowadzi narrację zgodną z interesem paryskiej mody (por. http://modologiablog.pl/2017/04/06/gosc-historia-mody-z-polityka-w-tle/ ).

Krótko mówiąc wydaje mi się, poza tym, że wystawa przynosi ogromną radość zwiedzającym i równie wielką frekwencję muzeum, to większym wygranym pozostaje sam dom mody Diora. Ekspozycja przynosi przecież ogromne zainteresowanie marką i to z wyłącznie pozytywnymi skojarzeniami. Potęga dziedzictwa Diora została pokazana na niej w taki sposób, by zapomnieć o całej reszcie, zanurzyć się totalnie w tym świecie luksusu. Zupełnie jak we śnie. A któż by chciał być sprowadzonym z tych wyżyn na ziemię? Jacyś chętni?