Archiwa tagu: Londyn

11 zasad Vivienne i wiele uwag różnych

30 maja 2016

Streszczanie biografii Vivienne nie ma sensu, po prostu trzeba przeczytać tę książkę. Rzecz w tym, że po lekturze zostanie z nami pytanie o to, jak żyjemy, dlaczego nosimy to, co nosimy i co robimy dla przyszłych pokoleń. Czy może chcemy tylko ładnie wyglądać i to już zaspokaja nasz apetyt na życie. Zamiast czytać poradniki w…

Vivienne Westwood-okl

„Chcę tylko, żebyś mnie kochał”

12 października 2013

Co się kryje za tym dramatycznym stwierdzeniem? Zakończona niedawno w londyńskim Sommerset House wystawa fotografii Miles’a Aldridge’a pod takim to właśnie tytułem. Zdjęcie zapraszające do odwiedzenia wystawy wręcz atakowało kolorem, a ja bez oporów weszłam w rolę bezbronnej owcy prowadzonej do galerii. Wystawa z gatunku „w sam raz”, czyli kilkadziesiąt fotografii okraszonych niewielką ilością tekstu,…

IMG_0111

Krok w przyszłość

26 września 2013

Ze wszystkich wystaw, które obejrzałam w Londynie, ta o najnowszych trendach we wzornictwie najbardziej ruszyła moje szare komórki do działania. „The Future is Here” w Design Museum nie dotyczy samego tylko przemysłu odzieżowego, z nim związanych było tylko kilka obiektów, ale w ogóle wzornictwa przemysłowego. Gdybym bardziej interesowała się tą dziedziną to podejrzewam, że mogłabym…

IMG_0230

Inny wymiar Chanel

23 września 2013

Wystawa w Fashion Space Gallery w London College of Fashion zadedykowana Chanel pokazuje nam malutki tylko fragment życia projektantki: jej kilkuletnią przyjaźń z kalifornijską malarką Marion Pike. Panie poznały się w 1967 roku, kiedy to Marion udała się do paryskiego atelier Chanel żeby namalować jej portret. Chanel, już wówczas po osiemdziesiątce, z palcami powyginanymi artretyzmem,…

IMG_0084

Brytyjskie wrażenia

20 września 2013

Pamiętam, jak w marcu odebrałam maila od organizatorów oksfordzkiej konferencji Fashion: Critical Issues z magicznym słowem: accepted. Bardzo się z tego cieszyłam, choć w tamtej chwili jeszcze nie docierał do mnie ogrom pracy związanej z przygotowaniem wystąpienia. Czasami wysyłam abstrakty na konferencje z tematu, nad którym chciałabym popracować, a nic tak nie motywuje do roboty…

IMG_0011

Oksford – Londyn – wieś

6 września 2013

Za tydzień o tej porze będę właśnie docierać do jednej z wystaw o modzie gdzieś w Londynie. Napisać, że ta myśl mnie cieszy, to mało. Ale najpierw hormon stresu osiągnie swoje apogeum jakoś w godzinach popołudniowych w środę, kiedy to stanę przed audytorium słuchających z różnych krajów świata i opowiem, dlaczego działalność Barbary Hoff w…

P_1983_1990

Wciągnij flagę … na siebie

18 lipca 2013

Co można zrobić z flagą? Wciągnąć ją na maszt w jakieś narodowe święto i powiewać. Albo – jak zrobił to Marek Raczkowski – umieścić w psiej kupie i wywołać skandal dekady o profanowanie symbolu narodowego. Można też wielokrotnie przemielić ją na świetnie sprzedający się gadżet dla turystów, co pokazuje przykład Wielkiej Brytanii. Czy tam jest…

Konszachty mody ze sztuką

23 lipca 2012

Zmówili się projektanci i artyści i zrobili dzieła. A efekty tej zmowy stanowią eksponaty na wystawie Britain Creates 2012: Fashion and Art Collusion. Wystawa znajduje się w londyńskim Victoria and Albert Museum. Jak będziecie jej szukać, to proszę pamiętać, że należy skręcić w lewo za Buddą (tak mnie ładnie poinformowała jedna pani) i voila –…

Konszachty mody ze sztuką

Niech żyje bal!

19 lipca 2012

Szkoda tylko, że mając wybór kiecek na ów bal, jaki pojawił się na wystawie Ballgowns: British Glamour since 1950 w londyńskim Victoria & Albert Museum, pewnie nie wyszłabym z domu zastanawiając się „co założyć?”. Sytuacja mocno hipotetyczna, żeby nie powiedzieć nierealna, ale marzenia są za darmo (ach, te Himalaje Banału…). Niemniej, wybór przed jakim stanęłabym…

Kategorie: Wszystkie | Florencja | Londyn | Lwów | Mediolan | ale to już było | buty | dziennikarstwo modowe | edukacja | etyka | fotografia | inspiracje | lubię to | marketingowo | moda a sztuka | moda i film | moda polska | moda w ilustracjach | moda w piosenkach | moda w przyszłości | moda w teledyskach | moda z bloga | moda z obrazów | moda z plakatu | moda z tiwi | modna prasówka | modologia | napisali o modzie | nie podoba mi się | o blogu | pani starsza | przemyśliwania własne | pytanie | sklepowo | torebkowo | wintydż | wyczytane | wydarzenia | wystawy RSS wtorek, 31 lipca 2012 Filozof rozprawia o modzie, czyli dlaczego ubrania nie mówią Usiłuję stworzyć top 10 najlepszych książek poświęconych modzie, jakie dotychczas przeczytałam i bez cienia wątpliwości na podium postawię książkę Larsa Svendsena Fashion: A Philosophy. Źródło: http://www.bibliovault.org/BV.book.epl?ISBN=9781861892911 Za co tak cenię tę książkę? Po pierwsze, za wyjątkowe wyważenie między dociekliwością a zrozumiałym językiem, czyli osoba świeżo zainteresowana tematem mody nie zgubi się w gąszczu nazwisk, teorii i skomplikowanych wywodów, a ktoś, kto już conieco liznął z modowej literatury nie znajdzie banału i powierzchowności. Po drugie, układ książki: zaczynamy od pytania czy zjawisko mody może być rozpatrywane z perspektywy tak uświęconej dziedziny za jaką często postrzegana jest filozofi, bo czyż filozofowi godzi się i wypada zajmować tak błahym tematem jak ciuszki? I tu Autor pokazuje, że u Adama Smitha, Immanuela Kanta (tak, tak - TEGO Kanta), jak również u panów Gadamera, Hegla i Adorno ten płochy temat jest zauważony i opisany. Następnie zostaje omówiona podstawowa zasada rządząca modą, czyli prymat nowości oraz opisany mechanizm, w jaki mody powstają i rozprzestrzeniają się. Kolejne rozdziały poświęcone są zagadnieniom mody w kontekście języka, ciała, sztuki, konsumpcji i pewnego ideału w życiu, do którego zmierzamy. Po trzecie, ta książka się nie nudzi. Nie wiem, jak to możliwe, ale przeczytałam ją już trzy razy i mam ochotę przeczytać po raz kolejny. Uważam, że rozdział "Moda i język" powinnna przeczytać każda osoba, która zamierza napisać dzieło w rodzaju "Mowa stroju". Dlaczego akurat ten punkt mnie to tak drażni? Była kiedyś taka książka (i nadal jest oczywiście) Language of Clothes autorstwa Allison Lurie. Dzieło to powstało w 1981 roku i z jakiegoś powodu dostało nagrodę i zostało bestsellerem. Na pewno zawdzięcza to kolorowemu językowi, mnogości przykładów i zrozumiałej treści. Zawierało też niezwykle chwytliwą metaforę, że nasze ubrania to alfabet, za pomocą którego porozumiewamy się z bliźnimi. Ubrania - wedle Autorki - nasze rządzą się swoistą gramatyką, mają swoje dialekty, słowa zapożyczone, archaizmy czy wyrażenia slangowe. Ilość naszych ubrań jest analogiczna do ilości słów za pomocą których się porozumiewamy - czyli osoba z mniejszą ilością ciuchów i wszelakich dodatków jest bardziej ograniczona w przekazywaniu informacji na swój temat za pomocą ubioru niż osoba z rozbudowaną garderobą. W tym miejscu myślącycm czytelnikom i czytelniczkom powinna zapalić się czerwona lampka w głowie, że coś tu jest teges, bo niby jak to, że ktoś ma więcej ubrań ma z automatu świadczyć o większym bogactwie wewnętrznych treści? Pani Lurie z pełnym przekonaniem pisała również o tym, że krawaty w jasnych kolorach świadczą o męskości oraz, że księża noszący koloratki zamiast krawatów są symbolicznie wykastrowani. Rozumiem, że coś takiego przyjemnie się czyta, bo to łatwe do skojarzenia i nawet czasem zabawne. Problem w tym, że potem niektórzy w to autentycznie wierzą i powtarzają dalej bez cienia refleksji. Stwierdzenie "ubrania są jak język" jest nie do utrzymania, to jest za daleko posunięta wyobraźnia Autorki. Można mieć niewiele ubrań, a dużo więcej przekazać swoim ubiorem należąc np. do jakiejś subkultury. Warto spojrzeć na ten rysunek, żeby uzmysłowić sobie, że ubrania nie mówią i analogia do alfabetu jest nie do utrzymania. Podobnie nie lubię sformułowania "kolory mówią", chociaż jakiś czas temu Szarmant tak właśnie stwierdził (ale wciąż nie przekonują mnie jego argumenty). Mała dygresja: jeśli jednak ktoś z Was zna "mowę ubrań", to chętnie posłucham, co one mają do powiedzenia w tym temacie. Moje niestety milczą jak zaklęte mimo wielokrotnych prób nawiązania kontaktu. Nie pytajcie jak próbowałam nawiązać kontakt. Wracając natomiast do książki Svendsena - po ładnym odparciu "argumentów" pani Lurie, krótko i przejrzyście zwraca uwagę, że ubraniom nadawane jest pewne znaczenie, czy tego chcemy, czy nie. Jak to się dzieje? Najcześciej przypisywane jest ono osobie projektującej dane ubranie, która wyposaża swoją kolekcję w pewną treść, np. nawiązując do jakiegoś wydarzenia - jak Ewa Minge wykorzystująca motyw Solidarności. Ale z drugiej strony, ktoś może ubrać taki strój zupełnie nie rozumiejąc jego znaczenia i co wtedy? Ktoś może spojrzeć i skojarzyć logo "Solidarność" z określonym wydarzeniem, a ktoś inny zobaczy po prostu słowo i przejdzie dalej. Może też się zdarzyć, że twórca ma swoją wizję, ale zostaje ona zupełnie inaczej odebrana niż zakładały to jego intencje (przykład: Nazi-szyk, choć może nieco skrajny: artysta mówi, że to sztuka, ale ambasador Izreala tego nie pojmuje). Te wyjaśnienia w formie podanej są nieco bardziej wyszukane niż moje, niemniej za trafność jego wywodu dałabym sie pokroić (aczkolwiek li i jedynie metaforycznie ;)). Drugim rozdziałem, który uważam za rewelacyjny, jest ten poświęcony związkom mody i sztuki. Zasadniczo ten rozdział plus tekst Valerie Steele z drugiego numeru "Wolę Oko" powinien przeczytać każdy publicysta, który zamierza mieszać ze sobą modę i sztukę. Tak zapobiegawczo, żeby uniknąć pisania bzdur i emfatycznych sformułowań z gatunku "moda to sztuka!", za którymi nie ma żadnej treści. Tym razem dyplomatycznie nie podlinkuję tekstu, o którym myślę ;) Póki co nie znalazłam niczego lepszego, co odnosiłoby się do tych związków w tak skondensowanej formie i trafnym sformułowaniu. Mnie zdarzyło się z tego rozdziału korzystać usiłując odpowiedzieć na pytanie czy projektant to artysta i na pewno na tym się nie skończy. Zasadniczo, bujając nieco w obłokach, gdybym miała wybierać, co powinno zostać przetłumaczone na język polski z zakresu książek poświęconych modzie, to bez wahania wskazałabym na tę książkę. To jest po prostu dobra lektura, i dla zwolenników, i dla przeciwników mody jako takiej. Cena według amazona to na teraz 9 funtów i kilka pensów, naprawdę warto zainwestować, jeśli chce się zrozumieć o co w tej modzie chodzi. I proszę nie mieć żadnych obaw, że napisał to profesor filozofii, to też człowiek i w dodatku dobrze myślący o swoich czytelniczkach i czytelnikach. Czytamy :) Tagi: wyczytane 16:39, modologia , wyczytane Link Komentarze (6) » piątek, 27 lipca 2012 Jak pisać o projektach młodych zdolnych? Po kilku wpisach na temat dyplomów z pracowni projektowania ubioru, naszło mnie parę ogólnych refleksji o tym, jak pisać o rzeczach, które są efektem pracy żywych osób, w szczególności zaś o dziełach osób projektujących ubrania i dodatki. Zacznijmy od tego, że najlepiej byłoby pisać w samych superlatywach - normalne, każdy woli być chwalony. W przypadku, gdy przyjdzie nam (piszącym) na myśl wytknąć cokolwiek opisywanym rzeczom (czy merytorycznie, czy z powodu subiektywnych preferencji) należy sobie zdawać sprawę, że komuś może być z tego powodu przykro. To też jest zrozumiałe - tylko tu już pojawia się pierwsze pytanie: czy jak coś mi się nie podoba, to po prostu o tym nie piszę i pozostaję przy pochwałach (jeśli jest cokolwiek do chwalenia, a jeśli nie ma - to po prostu nie piszę)? Owszem, można pisać i tak. Problem zaczyna się wtedy, gdy opisywanym nie podoba się powstały, krytyczny opis. Może się nie podobać? Oczywiście. Jesteśmy zatem 1:1. To prowadzi do kolejnej kwestii: pytania, które stawiam autorom/kom "dzieł" wszelakich, aczkolwiek ze szczególnym uwzględnieniem tych, którzy projektują ubrania. Pytanie brzmi: jak już prezentujesz światu swoją twórczość, to z góry oczekujesz, że to, że cokolwiek powołałaś/eś do życia to wystarczający powód do oczekiwania pochwał? Skoro wystawiasz dzieło na widok publiczny, to zakładasz, że od razu wszystkich zachwyci? A co, jak komuś się nie spodoba? To po prostu ma nie mówić o tym, nie pisać, niech głos będzie dany tylko pochlebcom? Albo, jak komuś coś się nie podoba, to (1) myli się, (2) nie zna się, (3) niech sam zrobi lepiej (to mój ulubiony argument). W tej sytuacji najlepiej byłoby pisać po polsku wyłącznie o twórcach zagranicznych, bo szansa, że zrozumieją nasze opisy jest znikoma. A najlepiej żeby byli nie tylko zagraniczni, ale i martwi, bo oni już do nas nie wyślą maila z gatunku "jak pani może tak o mnie? jakie ma pani kompetencje?" (co - jak wiadomo - jest szczególnie istotne prowadząc subiektywnego bloga, bo krytykować - w sensie pisania "nie podoba mi się to, ponieważ..." to tylko profesjonalistom wolno, a jak ktoś nie ochrził cię tym mianem, to zamilknij na wieki - dyskusja o tym, kto jest "profesjonalistą od mody" to jeszcze osobna kwestia). Korzystając z okazji chciałabym też podzielić się z Wami informacją (to do blogujących), że jak przyjdzie Wam do głowy opisać jakąkolwiek kolekcję składającą się z ubrań, co do których zwrócicie uwagę na brak wykończenia, to proszę pamiętać: to są prototypy. W dyskusję, czy praca dyplomowa, czy też kolekcja powołana do życia na wybieg i istniejąca w jednym tylko egzemplarzu danego ubioru, może być niewykończona, czy może raczej powinna być "wypieszczona" nie bardzo chcę wchodzić, ale przywołuję informację, którą otrzymałam. W przypadku obejrzaniej przeze mnie wystawy dyplomów poznańskiego ASP pojawia się jeszcze jedna sprawa: będę się upierać przy tym, żeby nie zwalać winy za brak opisów kolekcji na organizatorów wystawy, bo moim zdaniem to absolwent/kom, a nie organizatorom, powinno zależeć najbardziej na najkorzystniejszym przedstawieniu ich pracy. Jedna strona A4 wydruku komputerowego z opisem to żaden wysiłek, a ograniczyłaby pole do rozszalałych interpretacji osób mojego pokroju. Właśnie, podkreślam raz jeszcze: interpretacji, a nie prawdy objawionej. Jest tytuł, jest dzieło, można sobie do woli interpretować - bo co nam pozostaje, gdy opisu brak? Jak wystawiasz swoje dzieło na widok publiczny, to ono niejako zaczyna żyć własnym życiem, nie masz wpływu na to, jak zostanie odebrane przez oglądających (szczególnie jak zostawisz im samo dzieło plus tytuł wręcz zapraszający do zgadywanek "kto, po co i komu" zaprojektował dany ubiór). Twoje intencje jako twórcy to jedno, odbiór publiczności to drugie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zrozumie dzieło czy tekst inaczej niż autorzy by sobie życzyli. Pytanie, czy to wada, czy zaleta, pozostawiam otwarte. Opisując kolekcje zastanawiałam się również, czy powinnam wyczerpać wszystkie możliwości dowiedzenia się czegoś więcej na temat autorek/ów oglądanych ubiorów? Szukać autorów/ek dzieł, dopytywać o inspiracje itd. Zrobiłam tak w jednym przypadku, bo była wizytówka. Pytanie, które stawiam: jeśli autorzy sami o to nie zadbali, żeby zostawić na siebie namiary potencjalnym zainteresowanym, to mnie ma na tym zależeć? Jeszcze raz powtarzam, drodzy Autorzy i Autorki kolekcji, zasadniczo nie macie wielkiego wpływu na to, jak Wasze dzieło zostanie zinterpretowane. Nawet jeśli macie własny tytuł, szerzej lub krócej opisany projekt, to każda oglądająca i zainteresowana osoba przepuszcza to przez swój własny filtr: doświadczenia, wiedzy, preferencji, wyobraźni. Wasze dzieło jedynie może "zaczepić" oglądających i sprowokować ich (lub nie) do własnych przemyśleń. I ja tak właśnie zrobiłam. Choć może niektórym zależy właśnie na tym, by osoby opisujące ich kolekcje zrobiły po prostu kopiuj-wklej z utworzonego przez projektanta/tkę opisu inspiracji kolekcji i darowały sobie ocenę (chyba, że jest pozytywna i sprowadza się do "lubimy to!")? Może też być i tak, że osoby, którym kolekcja się spodobała, nie poświęciły swego cennego czasu na podzielenie się tą wiadomością z innymi, a zrobiły to osoby, których kolekcja na kolana akurat nie powaliła. I co z tym fantem? Nie uważam ani siebie, ani tego bloga za jakąkolwiek wyrocznię. To jest moja subiektywna ocena pewnych zdarzeń, która się podoba lub nie. Jak przeglądam wpisy sprzed niemal półtora roku, to widzę, że niektóre są mniej, inne bardziej udane. Po półtora roku mniej więcej wiem, o czym ja lubię pisać, co budzi najwięcej komentarzy, a co zabija zainteresowanie. Ktoś tu wchodzi, zagląda, zostaje na dłużej, albo i nie. Czy to jest wielka tragedia, że ktoś mi napisze, że w jednym zdaniu mam trzy "ale"? Albo, że ktoś się ze mną nie zgadza i pokazuje inne spojrzenie? Albo wręcz pokaże mi, że się mylę? A potem mnie zdarza się zmienić zdanie (ciężko mi to przychodzi, ale się zdarza ;)). Świat nadal się kręci. Zasadniczo profil mojego bloga zakłada niepisanie o tym, co mam na sobie oraz o tym, co pokazuje się na wybiegach, bo tym zajmują się inne osoby. Do wystawy dyplomów ASP (nie mogę się przyzwyczaić do tego, że to UAP) podeszłam jak do wystawy oglądanej w muzeum. Coś mi się podoba, a coś mniej. Wystawa była otwarta dla wszystkich. Za rok zamierzam zrobić to samo, jeśli tylko będę w tym czasie w Poznaniu i nadal będzie mnie bawić blogowanie. Możecie zatem uprzedzić kolejne roczniki ;) P.S. "Wytykanie niedociągnięć/krytykę" można potraktować jako wskazówkę do tego, co można zrobić lepiej. Może warto tak na to spojrzeć? Że komuś się chciało dokładnie obejrzeć Wasz ubiór, a nie ograniczyć się do zdjęć dostępnych w sieci? Dlatego dopóki nie pomacam - nie opisuję ;) ... Naprawdę starałam się napisać krótki tekst ;) Tagi: pytanie 09:40, modologia , pytanie Link Komentarze (6) » środa, 25 lipca 2012 Ringsy za darmo podreklamuję Spacer po mieście bywa obciążony niespodziewankami. Toto wisi na poznańskim Sheratonie: Co kierowało osobami tworzącymi hasło "wygraj rings" pozostanie zagadką. Bo przy dobrych chęciach dałoby się upchnąć na plakacie "pierścionek", więc? A może jest jakaś konkretna różnica między "pierścionkiem" a "ringiem" (w sensie, że to są dwa różne produkty) i stąd taki wybór? Tagi: nie podoba mi się 12:20, modologia , nie podoba mi się Link Komentarze (9) » poniedziałek, 23 lipca 2012 Konszachty mody ze sztuką Zmówili się projektanci i artyści i zrobili dzieła. A efekty tej zmowy stanowią eksponaty na wystawie Britain Creates 2012: Fashion and Art Collusion. Wystawa znajduje się w londyńskim Victoria and Albert Museum. Jak będziecie jej szukać, to proszę pamiętać, że należy skręcić w lewo za Buddą (tak mnie ładnie poinformowała jedna pani) i voila - jest i wystawa. Z dziewięciu dostępnych prac będących efektem pracy par złożonych z projektantów i artystów moją uwagę najbardziej przyciągnęły trzy z nich. Najpierw najbardziej użytkowy model, jako jedyny - podobno - nadający się do noszenia. Tytuł pracy: "Bez tytułu". A co to jest? Jest to strój do biegania, którego nadruk jest inspirowany witrażem Williama Morrisa z ruchu Arts & Crafts: Elementy witrażowe są dużo lepiej widoczne na krótkim filmiku dotyczącym wystawy, który znajduje się na podlinkowanej powyżej stronie. Nie wiem, jak w tym biegać, ale przyznaję, że tkanina w ruchy robi większe wrażenie niż wisząc na manekinie. Moje barokowe upodobania łaskawie też patrzą na piórzaste nakrycie głowy. Autorami tej pracy są Gilles Deacon oraz Jeremy Deller. Panowie zamierzają wykorzystać zaprojektowany wzór tkaniny do koców, znaczków i innych przedmiotów, które mają być rozdawane zarówno biegaczom, jak i widzom podczas igrzysk w Londynie. Myślę, że taki kocyk byłby jak znalazł również na polską ziemię z przeznaczeniem na piknik ;) Druga praca - uwaga, będzie drastycznie - inspirowana jest muchą rozgniecioną między dwoma kliszami. Zresztą spójrzcie: Zobaczyłam "to" dopiero po tym, jak usłyszałam o inspiracji w filmie towarzyszącym wystawie. Wcześniej patrząc na nazwisko jednego z twórców - Matthew Williamsona - pomyślałam sobie, acha, Williamson, czyli pawie pióra, no w sumie prawie się zgadza, choć takie trochę poszarpane. Obraz jest wykonany z cekinów i różnych koralików, faktura jest przyjemnie chropowata do oglądania, tylko ta inspiracja... no ale przynajmniej zostało zapamiętane, a przecież o to między innymi chodzi. Drugim twórcą jest Mat Collishaw - projekt Collishawa Insecticide 14 (dostępny na jego stronie pod zakładką Art)) był inspiracją dla wspólnego dzieła. Tytuł pracy - Lepiszuolo - to zbitka dwóch greckich słów: zuolo czyli zgniatać, oraz lepis czyli płatek lub łuska. Odnosi się ono do powiększonych w skali skrzydeł motyla (zgniecionych) oraz do cekinowych zdobień. Zatem wszystko jasne. I na koniec trzecia praca, która w ogóle do mnie nie trafia, ale ponieważ już raz Nicholas Kirkwood mi się naraził, to i teraz pozwolę sobie zapytać: co to ma być? Widzicie, że tam w środku dyndają buty lub ich fragmenty? Ta oto praca ma symbolizować "rodzaj poetyckiej dramatyzacji rzemiosła Kirkwooda" - takie wyjaśnienie to dla mnie o jedno zdanie za daleko. Pan Kirkwood projektuje buty, choć najwyraźniej czuje się poetą szewców. Współautorem jest Simon Periton, a tytuł pracy to Dissecting Waltz - może ktoś się pokusi o lużne skojarzenia tytułu ze zdekonstruowanym obuwiem w otoczeniu skalpelów z żywicy (podobno to stały element prac Peritona), które kręcą się na trzech obręczach w przeciwnych kierunkach? Czysta poetyka. Mnie ta wystawa nie trafiła do przekonania - wydaje mi się, że klucz doboru "weźmy 9 projektantów ubiorów i dajmy im do pary po artyście i zobaczymy, co z tego wyniknie plus wszyscy muszą być twórcami brytyjskimi" jest jednak trochę przypadkowy. Eksperyment-ciekawostka, dzięki któremu takie marudy jak ja przynajmniej poznają kilka nazwisk więcej znęcone wystawą z "fashion" w nazwie i tyle. Obejrzenie zdjęć na podanej na początku stronie oraz towarzyszącego im omówienia w zupełności wystarczy, żeby zyskać dobry obraz tego, co powstało podczas tego projektu. Fajnie, że kilka osób przy tej okazji się poznało. Jeśli nie uda się Wam tego zobaczyć na żywo, naprawdę - z tym można dalej żyć ;) Tagi: Londyn wystawy 14:22, modologia , wystawy Link Komentarze (3) » sobota, 21 lipca 2012 Butikowe różnice płciowe, cz.II Już się kiedyś bawiliśmy w "znajdź różnicę" (o tutaj), przyszła pora na część drugą: U panów - bez zmian, u pań - outlet został zastąpiony dziećmi. Rzekłabym, że to wysoce interesujące. Co typujecie w dziale damskim w kolejnym sezonie? Na exclusive się możemy nie doczekać, ale może są jakieś inne opcje? Czym butik Full of Style zaskoczy nas następnym razem? Tagi: nie podoba mi się 16:06, modologia , nie podoba mi się Link Komentarze (3) » czwartek, 19 lipca 2012 Niech żyje bal!

Pocztówka z Londynu

17 lipca 2012

Co mogłoby się na niej znaleźć? Prawdziwa modna ulica! Ba, nawet znajduje się na niej równie modna szkoła, czyli Istituto Marangoni. Ciekawe, czy najpierw była ulica, czy szkoła ;) Poza tym – nic się nie dzieje. Ale przyznacie, że takie zaproszenie do wejścia w ulicę jest … hmm, intrygujące ;) Dalej, przykład DIY i spróbuj…

Pocztówka z Londynu